Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Teksty

Keth

Zimny Blask Ułudy

     Zasypana śniegiem bukowina, pełna zdradliwych wykrotów i sterczących ponad białą skorupą skał, wyglądała tak samo bez względu na to, w którym kierunku zdyszany uciekinier by nie spojrzał. Bezlistne czarne konary drzew sięgały ku człowiekowi, na podobieństwo upiornych szponów, próbując pochwycić go na wieczność w swym uścisku. Obłoczki pary buchały z otwartych ust zbiega, w rytm szaleńczego oddechu, a lśniące na czole krople potu niemal natychmiast zamarzały, sprawiając wrażenie spadających ku ziemi malutkich klejnotów. Siarczysty mróz palił niczym ogień, kąsał odkrytą twarz czarnoskórego mężczyzny, przynosząc ze sobą złowieszcze odrętwienie. Zaopatrzone w kaptur grube futro, ledwie trzymało na wodzy nieustępliwe podmuchy lodowatego wiatru, zapuszczającego się uparcie pomiędzy pnie bukowego lasu. Skórzane buty człowieka pełne były śniegu, topniejącego pod wpływem ciepła ciała i grożącego rozklejeniem obuwia. Próbując utrzymać na wodzy odbierającą rozum panikę, mężczyzna przykucnął przy jednym ze skalnych bloków i naciągnął mocniej na czoło kaptur. Było mu potwornie zimno, a wysiłek włożony w ucieczkę przed czarną bestią wyczerpał ostatnie zasoby energii. Zamglone oczy cudzoziemca przesuwały się po czarnym lesie, daremnie próbując wypatrzeć niezmordowanego potwora.

Wyścig trwał nieprzerwanie od kilku godzin i zatrwożony swym losem mężczyzna coraz bardziej upewniał się w przeświadczeniu, że tropiący go wielki czarny wilk nie był zwyczajnym zwierzęciem. Nieszczęśnik wysłuchał licznych opowieści o tej krainie, kiedy zmierzał ku jej zaśnieżonym brzegom, na pokładzie kupieckiego statku z AjArd, ale wiele z tych historii uznał wówczas przedwcześnie za konfabulacje, zrodzone w umysłach podpitych żeglarzy. Gdyby tylko wykazał więcej rozwagi, gdyby przemyślał kilkakrotnie szaleńczy zamiar przedostania się na ziemie Śnieżnych Elfów w pojedynkę…! Diamentowa gorączka zmąciła mu rozum, a teraz przewrotne przeznaczenie zesłało srogą karę!
Czarny wilk wywęszył go krótko po opuszczeniu nadmorskiej osady, z której cudzoziemiec wymknął się skrycie, jeszcze przed nadejściem brzasku. Podejrzewając, że miejscowi zechcą pójść jego tropem, obrażeni nietaktownym zachowaniem przybysza, postanowił oddalić się od sadyby dość daleko, by zniechęceni poszukiwaniami Nardlens szybko powrócili do wioski. Czarna bestia z miejsca ruszyła śladem mężczyzny, nic sobie nie robiąc z dobytego śpiesznie zakrzywionego miecza, oraz groźnych pohukiwań. Jednak  nie sprawiała wrażenie głodnej. Chociaż przeczyło to zdrowemu rozumowi, przybysz z AjArd przeświadczony był, że wilk po prostu w okrutny sposób z nim igra, sycąc się rosnącym przerażeniem ofiary.
Kilka godzin później wyczerpany cudzoziemiec kucał w głębi rozległego lasu, nie mając już nadziei na ratunek. Wykuty w Kudanie kopesh zgubił dawno temu, kiedy śnieżna pokrywa na krawędzi ukrytego pod nią jaru, pękła porywając człowieka paręnaście metrów w dół. Wraz z bronią pod śniegiem zniknął także plecak, pogrążając mężczyznę w czarnej rozpaczy. Ryzykowna już w zamyśle wyprawa stała się znienacka wyrokiem śmierci, a czarny wilk bezwzględnym egzekutorem.

Ciche skrzypienie śniegu przeszyło cudzoziemca paroksyzmem lęku. Przywierając do podstawy głazu człowiek odwrócił głowę w bok, w kierunku źródła zatrważającego dźwięku. Ważące ponad setkę kamów cielsko zastygło na mgnienie oka w bezruchu, prezentując w całej okazałości prężące się pod futrem mięśnie, oraz kły, lśniące złowieszczo w otwartej paszczy. Dziwne oczy wilka skrzyżowały spojrzenie z człowiekiem, pełne złej mądrości i wyrachowanego okrucieństwa. Znudzony przedłużającymi się łowami lub po prostugłodny, zwierz w końcu postanowił zakończyć grę. Skoczył w stronę skulonego człowieka otwierając jeszcze szerzej paszczę.
Cudzoziemiec przywarł plecami do głazu, wyrzucając przed siebie obronnym gestem prawą dłoń. Dzierżył w niej swą ostatnią broń, sprawiającą śmieszne wręcz wrażenie w konfrontacji z potężnym drapieżnikiem. Garść wygrzebanych z kieszeni kurtki srebrnych monet, zaostrzonych na krawędziach za pomocą niewielkiego pilnika, zawirowała w powietrzu uderzając w łeb bestii. Kilka z nich wpadło do wilczego pyska, utkwiło między kłami atakującego potwora. Stwór targnął się gwałtownie w bok, runął w śnieg wzbijając w górę śnieżną kurzawę. Z jego gardzieli popłynął przerażający dźwięk, nie mający nic wspólnego ze zwierzęcym warkotem, dużo bardziej przypominający skowyt przypalonego czerwonym żelazem człowieka. Podskakując w śniegu i potrząsając na wszystkie strony łbem, wilk wskoczył na wielki pień przewróconego jesienią drzewa i zaskowyczał ponownie.

Cudzoziemiec przetarł palcami pełne drobinek śniegu oczy, okręcając się w miejscu w zamiarze przyjęcia obronnej postawy. Kiedy przez łzy dostrzegł kształt przyczajonej na pniu bestii, z ust człowieka wydobył się mimowolny jęk zdumienia. Zamiast wilka ujrzał bowiem młodą kobietę, o długich czarnych włosach, splątanych w nieskładne kędziory. Ich pasma spływały na chorobliwie bladą skórę. Kucała z pochyloną do przodu głową, wbijając oczy w postać zagubionego wędrowca i wydając z siebie ciche posykiwanie. Była kompletnie naga, pomimo panującego mrozu. Jej muskularne ciało rysowało się splotami mięśni grających tuż pod skórą. Spomiędzy wydatnych, ładnie zarysowanych warg spływała jaskrawa strużka krwi, znacząca czerwonymi plamkami nieskazitelnie biały śnieg.
– Kim ty… – przybysz z AjArd zdążył wykrztusić zaledwie dwa słowa, nim naga kobieta skoczyła z wysokości pnia wprost na ofiarę, wyciągając przed siebie dłonie o nienaturalnie długich paznokciach. W powietrzu coś zafurkotało, kręcąc się niczym młynek żarna, wydając z siebie świszczący dźwięk. Coś uderzyło w kobietę w locie, zmiatając ją sprzed oczu struchlałego cudzoziemca. Niczego nie rozumiejąc, mężczyzna podążył wzrokiem za swą przerażającą prześladowczynią i odruchowo podniósł dłoń ku ustom, nie potrafiąc zapanować nad emocjami.

Wielki czarny wilk wisiał martwy na wysokości głowy dorosłego człowieka, przygwożdżony do szerokiego pnia drzewa połyskliwym ostrzem. Przeszywająca cielsko bestii klinga ozdobiona była wygrawerowanymi z pietyzmem runicznymi znakami, których znaczenia cudzoziemiec nawet nie próbował się domyślać. Gdzieś z boku ponownie dobiegł dźwięk skrzypiącego cicho śniegu. I w polu widzenia cudzoziemca pojawiła się wysoka szczupła postać, okryta płaszczem z futer śnieżnych lisów. Poruszający się z niezwykłą gracją, przybysz miał jeszcze jaśniejszą od zmiennokształtnej kobiety skórę, niemal białą. Wyglądał na mężczyznę, chociaż oniemiały człowiek nie był tego do końca pewien. Ostro zakończone uszy lśniły wbitymi w nie kolczykami, a pas postawionych na sztorc włosów zdobiły barwne wstążki, ale budowa ciała nie sprawiała kobiecego wrażenia.
Śnieżny elf przeszedł obok znieruchomiałego człowieka nie zaszczycając go nawet przelotnym spojrzeniem, jakby nieświadomy obecności w swym pobliżu innej żywej istoty. Ujmując w obie dłonie rękojeść przebijającego wilcze cielsko ostrza, pociągnął za broń, uwalniając martwego drapieżnika i pozwalając mu spaść z głuchym odgłosem na ziemię. Älfr wytarł klingę o futro bestii, po czym wsunął broń do przewieszonej przez plecy pochwy.
Dopiero wtedy odwrócił się w stronę człowieka, taksując go przenikliwym spojrzeniem. Cudzoziemiec struchlał nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że oczy elfa były w rzeczywistości dwiema kulkami zmrożonej wody, szokująco nieludzkimi i hipnotycznie przyciągającymi jednocześnie. Älfr powiedział coś, czego człowiek nie zrozumiał. Były to słowa wypowiedziane w Języku Północy, której niedoszła ofiara czarnego wilka nie znała. Elf odgadł to w mgnieniu oka.
– Powiedziałem, że zbyt długo przebywała w zwierzęcym ciele – oznajmił w powszechnej mowie, dziwacznie akcentując słowa. – Wylkołki pośledniejszych gatunków, zwłaszcza ludzkie, nie potrafią się odnaleźć w świecie po przeistoczeniu. Prędzej czy później każdy z nich traci… jak wy to zwiecie? Człowieczeństwo? Przykre, ale oczywiste. Macie tak proste, podatne na wypaczenie umysły.
Älfr wypowiadał słowa w konfundujący sposób, inaczej niż ludzie rozkładając akcenty i samym brzmieniem tej mowy budząc w człowieku wrażenie wyobcowania. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, cudzoziemiec skinął niepewnie głową. Po chwili w polu jego widzenia pojawiły się inne smukłe sylwetki, opatulone futrami śnieżnych lisów, poruszające się w niemal bezszelestny sposób. Wszystkie mierzyły człowieka wzrokiem, w którym nie sposób było czegokolwiek wyczytać.
– Moi bracia i siostry byli przeciwni przerwaniu polowania – powiedział elf, który zabił czarną bestię. – Ta sprawa nas nie dotyczyła. Nie są zadowoleni z tego, że przerwałem utkaną dla ciebie nić przeznaczenia. Często powiadają, że ma ciekawość przywiedzie mnie w końcu ku zgubie. Być może mają rację, być może wciąż jeszcze mogę przywrócić losowi jego pierwotny kształt. Lecz zawsze zdążę cię zabić, jeśli przekonają mnie do swego zdania. Wpierw powiedz mi, kim jesteś i czemu nachodzisz nasze święte miejsce?

Czarnoskóry kupiec milczał przez dłuższą chwilę, nie potrafiąc odnaleźć pośród mętliku myśli odpowiednich słów. Rozbiegany wzrok człowieka skakał pomiędzy truchłem czarnej bestii a sylwetkami otaczających go coraz ciaśniejszym kręgiem Älfrów. Niezwykle wysokie i przeraźliwie blade, Śnieżne Elfy otaczały się namacalną aurą bogactwa i wyniosłej, chłodnej dumy. Oczy przybysza z AjArd prześlizgnęły się po ich złotych bransoletach, misternych spinkach futer, kolczykach wysadzanych diamentami. Widok tych ostatnich otrzeźwił w końcu cudzoziemca, chociaż groźba zawarta w ostatnich słowach Älfra wciąż budziła w nim trwogę.
– Jestem Amyrtaois Petensenas Shotephet – oznajmił z emfazą podnosząc się śpiesznie na nogi i kłaniając na wymyślną modłę praktykowaną w ojczystym kraju. W duchu stężał, nie wiedząc jak elfy potraktują jego wyszukaną uprzejmość i elegancję, w pamięci zachował bowiem salwy śmiechu trzęsące stropem domu zgromadzeń w nadmorskiej osadzie. Lud Narlens nie przywiązywał większej wagi do zwyczajowego dla AjArd ceremoniału i kupiec wciąż nie potrafił zapomnieć fali gorąca, jaka uderzyła mu do głowy w obliczu takiego braku szacunku.
– Mój nauczyciel powiada, że im dłuższe jest miano człowieka, tym większe ma ów o sobie mniemanie – odrzekł z kamienną miną Älfr, krzyżując ramiona na piersiach i przenosząc ciężar swego ciała na lewą nogę. Stał dość blisko człowieka, by ten czuł roztaczaną przez elfa delikatną woń balsamicznego olejku, zaskakująco przyjemną i zdumiewającą w tak surowej i nie mającej wiele wspólnego z wyrafinowanym smakiem krainie – Czyżbyś był królem z zamorskiego kraju?
Pozostałe Älfry przyglądały się mężczyźnie oczami, które pozbawione były jakiegokolwiek wyrazu, ale jakaś ledwie zauważalna zmiana w ich mowie ciał skojarzyła się człowiekowi z maskowanym rozbawieniem. Czy raczej drwiną…
– Jestem wysłannikiem znacznego rodu – zapewnił Amyrtaois odzyskując w końcu zwyczajową pewność siebie. Przychylność bogów ocaliła go przed bestią i skrzyżowała ścieżki ze Śnieżnymi Elfami, co od początku było jego celem i pragnieniem – Chcę złożyć władcom waszego zacnego narodu niezwykle korzystną ofertę handlową. Posiadamy ogromne zasoby…
– Udałeś się w niewłaściwym kierunku, w niewłaściwym czasie – przerwał mu Älfr, dowodząc albo całkowitego braku manier, albo zaskakującej dla tak wyrafinowanej rasy prostolijności – Każdy krok oddalał cię od Riv’ler, a tylko tam wolno ludzkim emisariuszom składać swe niewątpliwie ogromnie korzystne oferty.
– Pobłądziłem w puszczy przez tę bestię – odparł natychmiast cudzoziemiec, ale Älfr i tym razem mu przerwał, podnosząc znacząco jeden z przyozdobionych złotymi pierścieniami palców.
– Amyrtaoisie Petensenasie Shotephecie, wyszedłeś na ląd w zupełnie niewłaściwym miejscu – powiedział, zdumiewając kupca swą doskonałą pamięcią do imion. Zarówno na pokładzie statku Nardlens jak i w nadmorskiej osadzie, rdzenni mieszkańcy wybrzeża przekręcali imiona zamorskiego gościa w okrutnie przesadny sposób, uporczywie wystawiając jego cierpliwość na próbę.

– Co gorsza – kontynuował elf. – niemal wkroczyłeś do jednego z naszych świętych miejsc, gdzie nie ścierpimy obecności obcego i gdzie za wtargnięcie grozi najsurowsza z kar. Nie będziemy z tobą omawiać kupieckich umów, nie będziemy zawierać handlowych przymierzy. Pozostaje nam zdecydować, co właściwie z tobą uczynić.
Żołądek człowieka zamienił się w jednej chwili w bryłę śliskiego lodu, trzewia skręciły w torsjach zrodzonych z przeświadczenia o niechybnej śmierci. Mężczyzna cofnął się o krok i znieruchomiał, napotykając plecami na głaz, przy którym się wcześniej próbował ukryć. Jego ukryte w futrzanych rękawicach dłonie trzęsły się szaleńczo, chociaż rozum podpowiadał, by nie okazywać przed Älframi słabości.      Śnieżne Elfy zaczęły między sobą rozmawiać niskimi melodyjnymi głosami, w zupełnie obcym AjArdczykowi języku. Wydawane przez nie dźwięki jawiły się struchlałemu człowiekowi muzyką, choć każdy jej akord, każda nuta mogła nieść śmierć. Chwilę później większość Älfrów po prostu się odwróciła od cudzoziemca i odeszła, w odstępie kilku uderzeń serca znikając bezpowrotnie pośród drzew zaśnieżonej bukowiny.

Pozostał jedynie ten, który przemawiał w powszechnej mowie oraz jedna niewiasta, o niebieskawej skórze i ogolonej gładko czaszce. Brak włosów podkreślał jeszcze bardziej jej ogrom jej ciemnoniebieskich oczu i obcość pociągłych rysy twarzy, a noszony w nosie kolczyk przydawał wyzywającego wyglądu. Podobnie jak pozostali, okryta płaszczem z srebrnych lisów, nosiła w inkrustowanym złotymi płatkami kołczanie gięty w egzotyczny sposób łuk, przez co AjArdczyk uznał ją naprędce za łowczynię. Lęk podsunął mężczyźnie myśl, że to ona miała stać się jego egzekutorem, ale upiornie ciężką ciszę przerwał ponownie ten sam elf, który przemawiał wcześniej.
– Zwę się Illmair syn Karvidara z Deslor, to zaś jest Sionag – oznajmił spokojnie. – Uznałem za stosowne złożyć ci niezwykle korzystną ofertę i ufam, że zechcesz ją w swej roztropności przyjąć. Odprowadzę cię na brzeg morza, byś nie padł już więcej ofiarą zainteresowania Wylkołków czy innych bestii. W zamian za towarzystwo oferuję ci bezpieczeństwo. Miej na względzie, że oferta ta jest w istocie zaszczytem, którego doświadczasz wyłącznie przez wzgląd na swój niezwykły kolor skóry. Sionag próbowała mnie przekonać, bym zezwolił jej na odebranie ci życia i oskórowanie, takiego bowiem trofea jeszcze nie posiadła, ale się nie zgodziłem. Nie chciałbym wywołać swą zgodą zgorszenia u patriarchów twego zacnego rodu, gdyby w jakiś niezwykły sposób dowiedzieli się o losie, którego doświadczyłeś z jej rąk.

Amyrtaois stęknął głucho nie potrafiąc uwierzyć w słowa alfra. Sionag odpowiedziała mu drapieżnym spojrzeniem okazując po raz pierwszy czytelne emocje, na dodatek takie, które zmroziły człowiekowi krew w żyłach. AjArdczyk oblizał językiem spierzchnięte usta, pokiwał niepewnie głową. Illmair odwrócił się od niego nie mówiąc nic więcej, ruszył poprzez głęboki śnieg zapadając się w białym puchu nie głębiej jak po kostki.

Pierwsza godzina wędrówki poprzez czarny las wypełniona była dźwięczącym w uszach milczeniem, ciężkim niczym krasnoludzki topór a zarazem złowróżbnym i przerażającym. Świat czarnoskórego kupca zawalił się dokumentnie, przytłoczony nieznośnym ciężarem porażki w grze, w której na szalę rzucony został nie tylko jego własny majątek, ale i srebrozainwestowane przez członków rodu. Wydana na przygotowania wyprawy fortuna, długa i niebezpieczna podróż, widmo śmierci w paszczy wilka, który nie był wilkiem… Szaleńczo ryzykowna ekspedycja przeistoczyła się w życiową porażkę ambitnego AjArdczyka, okrywając go w kręgach kupieckiej arystokracji Kudanu wieczną niesławą. Targany przez chwilę czarną rozpaczą, Amyrtaois zastanawiał się nawet, czy aby nie zaoszczędzić sobie goryczy powrotu z pustymi rękami do domu i nie rzucić się z pięściami na parę Älfrów. Nie miał złudzeń co do rezultatu takiego starcia, ale przerażenie odbierało mu momentami rozum. Wyobraził sobie swoją skórę, zdartą z martwego ciała, pieczołowicie wyprawioną, natartą olejkami i rozwieszoną w sypialni bladoskórej łuczniczki. Ten przelotny obraz wystarczył, by wędrowiec stracił całą ochotę do walki, garbiąc się w zamian pod ciężarem rozpaczy.
– Mógłbyś się już przestać tak boczyć – powiedział w końcu Illmair, odwracając w stronę Amyrtaoisa głowę. – Jak mniemam, moja odmowa układów szczerze cię ubodła. Smakujesz w myślach swą przegraną niczym niezbyt bystre ludzkie dziecko, widzące jedynie upuszczony w błoto smakołyk, a nie dostrzegające wnyków, obok których przeszło. Każdy dzień jest nową czystą kartą. Mogłeś wszak utonąć w drodze do mego kraju, mogłeś zostać pożarty przez wylkołka. Sionag mogła cię ustrzelić z łuku, niczym dorodną czarną pardwę… Tymczasem wracasz w bezpieczne strony i nic nie musisz za to zapłacić. Myślę, że gdybym to ja był na łasce twego rodu w podobnej sytuacji, odarlibyście mnie z ostatniej monetki za taki zaszczyt.
Illmair roześmiał się dźwięcznie, ale AjArdczyk nie odezwał się ani słowem, nie skomentował jego prowokacyjnego komentarza. Alfr umilkł ponownie, wydłużając kroku; jego towarzyszka milczała przez całą resztę drogi. Kiedy pomiędzy coraz rzadszymi drzewami zaczęła przebijać stalowoszara tafla oceanu, a na zimowym nieboskłonie pojawiły się siwe smużki dymu snującego się nad osadą Nardlens, elfy zatrzymały się bez słowa ostrzeżenia.
– Dalej trafisz już sam – oznajmił Illmair. – To jedyna ludzka sadyba w promieniu wielu strzelań z łuku, najpewniej to z niej wyruszyłeś w swą podróż.
– A niechby mnie tam zasiekli! – wybuchnął znienacka Amyrtaois, koniec końców dając upust swej duszącej za gardło wściekłości. – Przekleństwo na twoją pychę i butę i pogardę! Zrujnowałeś me życie, elfie!
Siogan zasyczała słysząc słowa AjArdczyka, ale nie zdążyła wyciągnąć z pochwy na biodrze noszonego tam długiego sztyletu. Illmair powstrzymał ją ruchem dłoni, przechylając w bok głowę i przyglądając się w dziwny sposób człowiekowi.
– Niewdzięcznie się żegnasz, Amyrtaoisie Petensenasie Shotephecie – odparł elf – Wiem, co cię skłoniło do szukania mego ludu. Widziałem, w jaki sposób patrzyłeś na nasze diamentowe kolczyki i bransolety. Człowiecze narody łakną tych błyszczących kamyków niczym Wilczośpiewce krwi. I gotowe są wszystko uczynić, by posiąść zimny blask ułudy. Przywozicie do Riv’ler wszystko, co w waszym mniemaniu cenne, biorąc w zamian diamenty, z których połowa przepada w drodze powrotnej, gdy Narlens łupią wasze karawany i topią statki. Diamenty odbierają wam rozum i każą wpychać sztylety w plecy druhów, kiedy ci spoglądają w inną stronę.
Przysłuchująca się konwersacji Sionag dotknęła jednym z palców swego kolczyka i Amyrtaois gotów był przysiąc, że uczyniła to tylko po to, by wbić mu widokiem szlachetnych kamieni bolesną drzazgę w serce.
– Wiedz, Amyrtaoisie Petensenasie Shotephecie, że szczerze ci współczuję. Podobnie jak khasowi, który z łakomstwa wsadza łeb do dziury, z której później nie potrafi go wyciągnąć. Jak rybie, która grzeje się w cieplejszej wodzie tuż pod powierzchnią oceanu nie bacząc na szpony drapieżnego ptaka. Nie mogę cię winić za to, że jesteś człowiekiem. I byś nie żywił do mnie urazy po swe ostatnie dni, otrzymasz ode mnie pewien dar…
AjArdczyk stężał w jednej chwili, ponownie zarzucając rodzący mu się w myślach zamysł, by jednak skoczyć aroganckiemu Älfrowi do gardła. Illmair sięgnął pod swe srebrzyste futro wyciągając spod odzienia okazałą skórzaną sakiewkę, wyszywaną złotymi i srebrnymi nićmi.
– Niewielu z was ludzi wie, że cenniejsze od diamentów są ich kamienie krewniacze – powiedział Illmair podrzucając kieskę w długich smukłych palcach. – Z tej samej zrodzone w skałach macicy, a jakże od siebie odmienne, niczym bliźnięta, z których jedno jest piękne, a drugie szpetne. Pierwsze niczym zimny blask ułudy, drugie ciepłą poświatą życia. Wyciągnij z dzisiejszego dnia dobrą naukę!
Elf rzucił kieskę w naprędce wyciągnięte ręce człowieka. AjArdczyk ścisnął dar ukrytymi w rękawiczkach palcami, westchnął porażony niespodziewaną ekscytacją. I wdzięcznością. Mieszek musiał ważyć co najmniej pół kama, jeśli zatem skrywał w sobie klejnoty uważane przez Älfrów za cenniejsze od diamentów, w rękach Amyrtaoisa właśnie spoczęła fortuna nieporównywalnie większa od tej, którą zainwestował w nieszczęsną wyprawę.

     Czarnoskóry kupiec podniósł wzrok próbując ułożyć cisnące mu się na usta podziękowania w odpowiednio kwiecisty ciąg i stwierdził ku swemu niepomiernemu zdumieniu, że para Älfrów zniknęła bezszelestnie, pozostawiając po sobie jedynie biegnące ku bukowinie płytkie ślady podeszew. Nie potrafiąc zapanować nad trzęsącymi się z wrażenia rękami, opadł na kolana w zamiarze jak najszybszego rozsznurowania sakiewki. W środku coś się przesypywało, coś niewielkiego, coś szaleńczo ekscytującego swą tajemnicą.
Wysypawszy na prawą dłoń niewielkie czarne grudki mężczyzna skamieniał z niedowierzania. Dotknął ich niepewnie, rozmazując na palcach rękawiczki czarne smugi. Małe matowe odłamki jakiejś skały, kruszące się pod naciskiem dłoni, rozsypujące w proch brudzący jasne okrycie. Amyrtaois zaczerpnął głęboki oddech i wrzasnął na całe gardło, dając ostatecznie upust swej bezsilnej złości, goryczy rozczarowania i nieskażonej niczym czystej nienawiści. Półzwierzęcy skowyt popłynął nad konarami drzew. Porwany dzikimi emocjami, AjArdczyk wysypał resztę czarnych kamyków na śnieg, wdeptał je głęboko w ziemię skacząc niczym człowiek, który postradał rozum, w obliczu ogromnego nieszczęścia. Potem powlókł się przed siebie, ku położonej w dole łagodnego wzniesienia osadzie.

Z nieba zaczął sypać śnieg. Nieskazitelnie białe płatki spadały na pozostawione przez kupca ślady przykrywając je świeżą warstwą delikatnego puchu. Pod białym kobiercem zniknęło wszystko: i trop cudzoziemca i rozsypany przez niego w porywie gniewu dar elfów – niezrozumiany, wzgardzony, wyrzucony…

… czarne bryłki węgla.

Dodaj komentarz

Allowed Tags <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

1 odwiedzających teraz
0 gości, 1 bots, 0 członków
Cały czas: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am
Najwięcej dzisiaj: 5 o godz. 05:41 am
Ten miesiąc: 31 o godz. 12-04-2018 12:51 pm
Ten rok: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am