Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Teksty

©Fobetor

Opowieść Złodzieja

     Pewnej nocy, w zapyziałej, zapomnianej przez bogów i straż miejską części miasta, ma miejsce niezwykłe zjawisko. Ciemnymi ulicami, kryjącymi złoczyńców pozbawionych jakichkolwiek zasad moralnych, przemyka czarny powóz. Uważny obserwator mógłby dostrzec w nim czterech brodatych mężczyzn przypominających policjantów stacjonujących w bogatych dzielnicach. Woźnica w czarnym płaszczu z niecierpliwością ponagla batem dwa czarne konie ciągnące powóz. W końcu zatrzymuje się przy zabitej dechami rozpadającej się ruderze, z której wydobywa się słabe światło. Woźnica szybkim niecierpliwym ruchem otwiera drzwi powozu. Strażnicy ustawiają się tak, aby mieć dobry punkt obserwacyjny na wypadek, gdyby z ciemności miałoby wypełznąć jakieś zło, zagrażające życiu ich pracodawcy. Z powozu wyłania się postać zupełnie niepasująca do miejsca, w którym się znalazła. Bogato zdobiona szata o niebieskiej barwie, wyraźnie zdradza szlacheckie pochodzenie gościa.

 Te ulice chyba nigdy nie widziały takiej postaci. Mdłe światło wydobywające się zza brudnych szyb pozwala dostrzec zadbane, krótko obcięte ciemnobrązowe włosy i równo przystrzyżoną bródkę przybysza. Na jego twarzy widnieje obecnie wyraz pogardy i niesmaku. Z tym samym wyrazem twarzy przebył przestrzeń dzielącą go od drzwi meliny. Zapukał trzy razy, odczekał chwile, po czym uderzył jeszcze dwukrotnie. Gdzieś w ciemności, między zaułkami rozległ się szmer a zaraz po tym jeżący drobne włoski na karku chichot.

Drzwi stanęły otworem ukazując mężczyznę po czterdziestce. Zaprosił on gościa do środka kłaniając się z szyderczym uśmiechem.

– Witam szanownego gościa w naszych skromnych progach.

Mężczyzna ma na sobie skórę nabijaną ćwiekami. Jest łysy a jego twarz przecina blizna na prawym policzku.

– Jestem posłańcem Lorda Thinita. Gdzie klejnot? – zapytał z arogancką wyższością w głosie szlachcic.

– Cicho!! – szepnął rozglądając się tamten nerwowo, po czym dodał – tutaj ciemność ma oczy i uszy. Wejdźmy do środka…

Posłaniec dał znać swojej gwardii przybocznej żeby poczekali na zewnątrz i podążył za łysym mężczyzną do cuchnącego wnętrza.             Przeszli krótkim, słabo oświetlonym korytarzem. Na jego końcu, bandzior otworzył ze skrzypnięciem drzwi znajdujące się po lewej stronie i wszedł do środka razem z postępującym za nim gościem. Pomieszczenie, w którym się znaleźli okazało się dosyć dużym pokojem, mieszczącym w sobie cztery krzesła, stół z nożem, wbitym w prawy róg oraz palącą się lampą naftową. Nikłe światło dobywające się z lampy nie jest w stanie rozświetlić cieni kryjących się w kątach pokoju.

– Siadaj pan. – rzekł Łysy przerywając ciszę, która jak się okazało zdążyła ich już szczelnie otulić, gdyż na dźwięk głosu bandziora szlachcic aż drgnął zapomniawszy o jego obecności.

– Nie dziękuje, postoję. – Odpowiedział posłaniec wracając do kontemplacji wystroju wnętrza.

– Panie siadaj pan. Musimy pogadać. – warknął poirytowany bandzior.

Gość z wielką niechęcią usiadł na krześle lepiącym się od brudu. Łotr usiadł naprzeciw szlachcica a w jego ręce w magiczny sposób pojawiła się bimber w zielonej butelce. Pociągnął sążnisty łyk z gwinta i wyciągnął rękę do szlachcica by go poczęstować.

– Chcesz?

– Nie! Odparł tamten z obrzydzeniem. – Przejdźmy do sedna, co z diamentem? Jego wzrok na chwilę zatrzymał się na nożu wbitym w stół, od razu było widać, że to nóż dobrej jakości, jego ostrze było zakończone tak żeby przeciwnik nie miał wątpliwości, że został nim ugodzony. Na rękojeści widniał napis „Zenek”.

– Wiemy, że Klifoth go zdobył, ale nie chce mi wyjawić gdzie ukrył świecidełko. Nie martw się pan, jeszcze go trochę po torturuję i wszystko wyśpiewa.

Wtem zza łotra wyłoniła się ręka trzymająca brzytwę i w błyskawicznym tempie znalazła się w pobliżu tętnicy szyjnej łysego.

– Jak zwykle brak czujności. – Rozległo się westchnienie dezaprobaty. Łotr zbladł a jego źrenice rozszerzyły się ze strachu, włosy na rękach lekko się zjeżyły.

– Max? – Dobyło się z jego ust niepewnym głosem pytanie.

– No tak, idioto, wróciłem! Ile można wydawać ciężko zarobione pieniądze w domu uciech?

Zza łotra wyłonił się niewysoki mężczyzna o czarnych włosach, zielonych oczach i z szerokim, niekoniecznie przyjaznym uśmiechem na ustach. Usiadł na jednym z wolnych krzeseł i dodał patrząc na nowo przybyłego gościa.

– Ty pewnie w sprawie transakcji. – ni to zapytał ni stwierdził. Szlachcic wolno skinął głową.

Nowo przybyły patrzył na niego chytrze.

– Powiedz mi, czy myślisz ze ten nożyk, świetnie schowany przy pasku, pomógł by ci tu przetrwać? Chociażby wtedy, gdyby wyszło na jaw, że nie masz przy sobie zapłaty? -zapytał w końcu z błyskiem rozbawienia w oczach Max. Szlachcic energicznie złapał za miejsce gdzie powinna znajdować się broń, po czym odetchnął z ulgą i odpowiedział.

– Pieniądze są w bezpiecznym miejscu, otrzymacie zapłatę jak tylko zobaczę, że posiadacie klejnot.

– Max! Klifoth nie chce gadać .- Poskarżył się nagle donośnym głosem łysy.

– Niech zgadnę, pewnie dlatego, że od razu po zadaniu pytania zacząłeś go tłuc? – Łysy skiną głową. – Ej, mówiłem ci, że ja z nim pogadam jak wrócę, znam go w końcu.

– Jasne, a on na pewno zechce z tobą konwersować z otwartymi ramionami, po tym jak go zdradziłeś. – Odpowiedział łysy biorąc kolejny łyk z zielonej butelki.

– Przekonajcie tego śmiecia żeby oddał klejnot to załatwimy tą sprawę. – wtrącił się szlachcic.

Max spojrzał na niego ze wzburzeniem

– Nie mów tak o moim bracie! – fuknął.

– O, jeszcze lepiej. Jesteście tak zdegenerowani, że zdradzacie własne rodzeństwo.

– Nie znasz ani mnie, ani mojego brata. To są nasze porachunki.

– A co tu znać? Banda chłystków. – Spojrzał na Maxa krzywiąc pogardliwie usta.

– Ty za to jesteś ślepym, który nie przeżyłby tu do zachodu słońca, ba, w porze obiadowej robiłbyś już jako danie główne! Klifoth wychował się na ulicy. Ledwo nauczył się chodzić, musiał walczyć o przetrwanie, kraść by mieć co włożyć do ust, pomagał matce dopóki nie umarła. Kiedy miałem 13, a mój brat 15 lat byliśmy nie do złapania, hehe nawet załapaliśmy się do cyrku. Klifotha zamykali do skrzyni skutego łańcuchami, a ja żonglowałem piłkami, nożami i pochodniami. Max obrócił się do łysego wziął jego butelkę i napił się.

– Łysy sprawdź czy na Klifocie są jeszcze kajdany i przypilnuj go aż się nie obudzi.

– Ej no jest nieprzytomny, a to moje!

– Napijesz się później. Zrób to kurwa! A nieprzytomny jest przez ciebie, inaczej już bym z nim gadał.

– Cholera gówniarz mi rozkazuje. Wstał i poszedł w stronę korytarza.

– Na czym to stanąłem? A… byliśmy w cyrku miłą atrakcją, miałem w tedy 14 lat jak wstąpiliśmy tam. Ech, ale to co dobre szybko się kończy. Byliśmy tam tylko 3 lata. Klifoth pokłócił się z szefem i zabił go. Potem trafiliśmy na ulice. On wiele mnie nauczył odnośnie przetrwania, pamiętam czasy kiedy uczył mnie kraść jak zawodowiec… – Max uśmiechnął się do wspomnień – Dużo ze sobą przeszliśmy.

– To dlaczego go zdradziłeś? To przecież twój brat i pomagał ci z tego co mówisz. W oczach szlachcica widać zainteresowanie.

– Hehe. Musisz wiedzieć, że dużo mnie nauczył. Powiedział mi kiedyś „nikomu nie ufaj” przykładając mi Zenka do gardła. On ma fajne teksty. Chcesz poznać Zenka, mistrza ciętej riposty?

Twarz Maxa momentalnie posmutniała. Wziął łyk bimbru.

– Skąd pewność że on ma klejnot?

– Kto jak kto ale Klifoth nigdy nie przepuściłby takiej okazji w końcu ten przeklęty adept magii zginał. A on dla niego pracował i był na pewno ostatnią osobą która go widziała. On ukradł dla niego ten klejnot. Od sąsiada twojego lorda. Tak, dobrze wiem o takich rzeczach jak i tym, że twojemu lordowi bardzo zależy na tym świecidełku.

– Max! On się obudził! – wydobył się przepity krzyk łysego z bliżej nieokreślonego miejsca.

– Proszę o wybaczenie. – skłonił się dworsko z uśmieszkiem igrającym na twarzy i wyszedł z pomieszczenia. Wziął ze sobą butelkę z bimbrem. Przeszedł do mniejszego pomieszczenia obok i wspiął się po schodach na górę. Przeszedł przez zaciemniony korytarz, na którego na końcu mieści się mały pokoik. Na środku tego pokoju znajduje się bezkształtna kupka zakrwawionych szmat pobrzękująca łańcuchami. Klifoth. Nad nim wisi zapalona lampa naftowa a tuż obok stoi Łysy z dumną miną. W jego rękach znajduje się kolejna zielona butelka. Postać na krześle ma twarz upstrzoną siniakami, na brzuchu można dostrzec rozległą bliznę od dźgnięcia nożem. Jest wychudzony. Długie czarne włosy splątane w nieładzie. Głowa opuszczona do dołu, pluje krwią na swoje nogi.

– Dzięki Łysy, zabaw tam gościa my sobie pogadamy.

– No dobra tylko mi tu nic nie kombinuj a zarobimy kupę kasy. – Łysy zniknął w korytarzu.

Max upewnił się czy Klifoth ma skute ręce, kajdany niewzruszenie opinały nadgarstki brata. Jego uwagę jednak przyciągnęły rany na lewej ręce, jakby Klifoth sam się podcinał. Stanął naprzeciwko postaci i powiedział.

– Jak się czujesz bracie?

– Za ile mnie sprzedałeś?

– Nie ciebie tylko to cacko, które zwinąłeś magowi. Wiem, że go masz, nie przepuściłbyś takiej okazji.

Klifoth powoli uniósł głowę, jego włosy oblepione krwią rozsunęły się na boki ukazując bladą twarz i nienaturalnie rozszerzone źrenice. Na ten widok Max rzekł z uśmiechem:

– No co ty, znowu jadłeś grzybki? Pamiętasz jak jedliśmy je kiedyś z pewnym szamanem?

– Tak, to było najlepsze co nas w życiu spotkało. Zapomniałeś już po co je jedliśmy.

– Być może ale nie o tym chcę z tobą gadać. Uśmiechnął się delikatnie po czym dodał pewnym siebie głosem.

– Gdzie jest błyskotka?

Klifoth zaśmiał ochryple.

– Chyba nie myślisz, że to tak łatwo pójdzie?

– Swoją drogą jak zabiłeś tego maga?

Klifoth spojrzał na brata beznamiętnie po czym odpowiedział.

– To nie ja go zabiłem. To co się wydarzyło w jego pracowni było straszne. Wiesz, że on nie cieszył się zbyt dobrą sławą wśród innych magów, w sumie miał taką opinię jak ja u straży miejskiej. Dużo nas łączyło, szczątkowe plotki i informacje na nasz temat wielka niewiadoma gdzie się kryje, czy też to co tak naprawdę potrafi. On dużo potrafił. Zdobywałem dla niego różne składniki dzięki temu mieliśmy za co wyżyć i się zabawić. Czarny kryształ był dla mnie istnym wyzwaniem. Tak, ten pałac był przegięty pod względem zabezpieczeń. Wracając jednak do tego co się stało z magiem i bezcennym świecidełkiem… – na chwilę przerwał opowieść, wbił wzrok w podłogę i w ten sposób kontynuował, jakby wszystko było tam zapisane – Ten klejnot pochłaniał światło. Kiedy pochwyciłem go pierwszy raz przeszły mnie dreszcze. Z radością oddałem go magowi biorąc za niego sowitą zapłatę. Było to w jego siedzibie, był on niezwykle zachwycony kiedy go otrzymał. Postanowił się podzielić ze mną swoimi obserwacjami. Gdybym wiedział co mnie czeka, nigdy bym z nim nie poszedł, jednak moja ciekawość jak zwykle sprawiła, że nie poszedłem za głosem rozsądku. Poszliśmy do jego pracowni w podziemiach tego miasta. Zaprowadził mnie do olbrzymiej sali wypełnionej woluminami, starymi księgami i podejrzanymi miksturami. Stoły były tym zawalone najdziwniejszymi przedmiotami. Na środku sali były różne kręgi, trójkąty i inne mało zrozumiałe dla mnie badziewia… no i był też ołtarz na którym Mag ostrożnie położył klejnot. Klifoth spojrzał w oczy swemu bratu, który słuchał go z zaciekawieniem. – On rozpoczął ewokację, rytuał, dowiedziałem się wtedy czym naprawdę jest ten klejnot. Klejnot koszmarów. To co się tam wydarzyło… Do teraz śnią mi się koszmary, naprawdę chcesz wiedzieć co się tam stało i gdzie jest diament?

– Głupie pytanie, jasne że chcę! – sapnął Max niecierpliwie.

– Więc zbliż się, przecież wiesz, że ciemność ma uszy i oczy.

Max zbliżył się do Klifotha aż poczuł oddech brata przy swym uchu. Klifoth zaczął szeptać swą tajemnice. Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem twarz Maxa bladła coraz bardziej, źrenice rozszerzyły się ze strachu a włosy na ciele stanęły dęba. Kiedy Klifoth zakończył swoją opowieść wykorzystał element zaskoczenia i jak gdyby od dawna siedział nieskrępowany łańcuchami, chwycił oburącz szyje brata przewracając go na łopatki i tak uniemożliwiając bratu obronę.

– Ciiii… Już niedługo. Znasz zasadę, tylko trzech może znać tajemnice pod warunkiem, że tamci dwaj są martwi. Spójrz mi w oczy, niech ten klejnot będzie ostatnią, hmm, rzeczą którą zobaczysz… – zacieśnił chwyt, dziki charkot, chrupnęła miażdżona krtań i w końcu zapadła cisza.

Bez żadnych emocji z chłodną kalkulacją postać zdjęła czarny płaszcz ze swojego brata i zabrała jego brzytwę. Zagasił światło pozwalając tym samym by otuliła go ciemność. Tymczasem na dole Łysy opowiadał szlachcicowi marne opowieści, o tym jak to był w burdelu i posuwał laski. Szlachcic słuchał tych opowieści jednym uchem, choć przy niektórych opisach umiejętności jakimi dysponowały rezydentki domu uciech jego wzrok nabierał blasku. Łysy rozsmakował się w swych opowieściach i alkoholu zapominając o świecie i trajkotał jak przekupka, rozpływając się we wspomnieniach. Wtem zza pleców łysego wychynęła ręka trzymająca brzytwę.

– Jak zwykle brak czujności. – powiedział znajomy głos, po czym brzytwa przecięła tętnice szyjną łysego. Bandzior aż wstał, lecz już po chwili, z niedowierzaniem w gasnących oczach, upadł na stół a następnie sturlał się na podłogę, gdzie dokonał żywota, wykrwawiając się do reszty. Na jego dawnym miejscu pojawiła się zakapturzona postać w płaszczu Maxa. Szlachcic zerwał się z miejsca przewracając krzesło, dobył swojego sztyletu i gotowy do walki wykrztusił:

– Coś ty zrobił, kim jesteś? – po czym wrzasnął – Straż!

– Nie wrzeszcz tak, twoja straż już dawno leży martwa i ograbiona na ulicy. Aż tak zafascynowały cię sprośne anegdotki Łysego, że tego nie usłyszałeś? – Mówiąc to, postać podeszła do stołu i wyciągnęła wbity w niego nóż.

– Zabijesz mnie? – zapytał pobladłymi nagle wargami szlachcic. W odpowiedzi na to pytanie postać przewędrowała do prawego rogu pokoju i wyjęła sakwę z pieniędzmi spod obluzowanej deski. Uczyniwszy to, wstała i ze spokojem zsunęła kaptur na plecy. Klifoth.

– Chciałeś klejnotu, podaruję ci więc jego część. Nie, nie zabije cię, zrobi to za mnie coś innego. Zrobi to ciemność, która sprawi, że śmierć powitasz z rozkoszą. Strach jaki będziesz odczuwał w każdej kolejnej sekundzie twojego życia, będzie dla mnie wyczuwalny z kilometra i będzie sprawiał mi rozkosz, niczym najlepszy trunek. Żegnaj.

Naciągnął kaptur z powrotem i bezszelestnie wyszedł z pomieszczenia, stapiając się z ciemnością w jedną całość.

Szlachcic z oczami rozszerzonymi strachem, został sam w czterech ścianach rozpadającej się budy, którą oświetlała mu dopalająca się lampa naftowa.

Dodaj komentarz

Allowed Tags <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

2 odwiedzających teraz
0 gości, 2 bots, 0 członków
Cały czas: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am
Najwięcej dzisiaj: 5 o godz. 05:41 am
Ten miesiąc: 31 o godz. 12-04-2018 12:51 pm
Ten rok: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am