Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Teksty

©Fobetor

Miałem sen…

„Damian… Damian, Deimonie obudź się!” – usłyszałem gdzieś w oddali niknący głos. Otworzyłem oczy i od razu je zamknąłem pod wpływem atakującej wściekle, wszechobecnej bieli, doprowadzającej moje zmysły do szaleństwa. Szpital – rozpoznałem, wciągając w nozdrza charakterystyczny zapach lekarstw. Rozejrzałem się stwierdzając, że oprócz trzech innych pacjentów, na sali znajdowała się również pielęgniarka.
– Przepraszam, co się dzieje…? – zapytałem, do końca nie wiedząc, jak sformułować pytania cisnące się na usta. – Co się stało?
Pielęgniarka drgnęła i odwróciła się, spoglądając na mnie z zaskoczeniem ale i jakąś absurdalną radością. Zbliżyła się z delikatnym uśmiechem do mojego łóżka i powiedziała cicho:
– Był pan w śpiączce przez jakiś czas. Miał pan wypadek, ale teraz wszystko będzie dobrze, za chwilę zawołam lekarza i dokonamy rutynowych badań po przebudzeniu.

Rozejrzałem się dookoła dokładniej. Pacjenci, którzy leżeli razem ze mną, byli starymi ludźmi, podczepionymi do skomplikowanej aparatury, podtrzymującej ich życie. Wszyscy oni byli zanurzeni w wiecznym śnie.
– Długo spałem? – spytałem pielęgniarki krzątającej się nad łóżkiem jednego z pacjentów.
– Nieco ponad dwa miesiące. To wcale nie tak długo w porównaniu do tych tutaj. Ci ludzie śpią dużo dłużej niż pan – powiedziała enigmatycznie. – Proszę się nie martwić, zaraz zawołam lekarza. – dodała znikając za drzwiami prowadzącymi na korytarz.

Po niedługim czasie zjawił się lekarz. Był to człowiek podobny do wszystkich lekarzy z filmów – w długim kitlu, ze słuchawkami na szyi oraz okularami na nosie. Obowiązkowo uśmiechnięty i spokojny. Zajrzał mi głęboko w oczy, badając źrenice i zdał parę pytań.
Kiedy już skończył dodał:
-Uległ pan wypadkowi w pańskim mieszkaniu i zapadł pan w głęboką śpiączkę. Czy jest ktoś, kogo mamy powiadomić o pańskim powrocie do zdrowia?
– Chyba nie, nie mam rodziny, jestem… byłem zapracowanym człowiekiem i nie miałem czasu na nawiązywanie nowych znajomości, więc nie mam też znajomych. Czuję się dziwnie… .
– Ludzki mózg jest dla nauki nadal wielką niewiadomą, będzie pan jeszcze na obserwacji. Zrobimy jeszcze kilka badań kontrolnych i będzie mógł pan wrócić do domu.
– Czuję, że dość się na leżałem, czy mogę rozprostować nogi?
– Dobrze, ale proszę być ostrożnym, jeśli pan poczuje się słabo, proszę usiąść na najbliższej ławce i poczekać na pomoc. W naszym instytucie medycznym mamy śliczny park, tam może pan rozprostować nogi. Proszę mi wybaczyć, mam jeszcze sporo obowiązków, spotkamy się później w pańskim obecnym pokoju.
– Życzę owocnej pracy. Do widzenia.

***

Damian nie dał tego po sobie poznać, lecz w trakcie rozmowy z lekarzem, w jego umyśle zaczęły pojawiać się informacje z życia tego człowieka, o których w żaden sposób nie powinien wiedzieć. Ujrzał w swej wyobraźni, że próbując zapomnieć o swojej zmarłej, przez błąd lekarza podczas operacji, córce, stał się pracoholikiem. Od tamtej pory swoją ciężką pracą próbuje naprawić świat.
Wychodząc z pokoju, Damian zastanawiał się nad tym, skąd wzięły się w nim takie zdolności? Co się wydarzyło przed wypadkiem? Jeszcze większe zaskoczenie ogarnęło go po wyjściu na korytarz. W jednej chwili napłynęły do niego ból i negatywne myśli, znajdujące się w atmosferze tego miejsca. Czuł, że szpital jest miejscem pełnym żalu, smutku i cierpienia. Trudno było mu to znieść tak, żeby samemu nie zacząć krzyczeć pod wpływem ogarniających go emocji. Chwiejnym krokiem dotarł do wyjścia.

Ta energia jest niemalże namacalna – myślał przejęty. Dotarł do parku, w którym ludzie spokojnie snuli się po zgrabnie wytyczonych alejkach, obsadzonych kolorowymi, dobrze wypielęgnowanymi kwiatami oraz przyciętymi krótko trawnikami i żywopłotami. Miejsce to, w porównaniu do szpitalnych korytarzy, przypominało raj na ziemi. Drzewa emanowały jasną, świetlistą energią. Otoczenie to napawało spokojem. Powoli ustabilizowała się praca jego serca. Zaczął spacerować po parku napawając się jego pięknem i harmonią. Jego kroki skierowały się w stronę wielkiego drzewa, znajdującego się prawdopodobnie na samym środku parku. Drzewo okazało się być ogromną wierzbą płaczącą, będącą teraz w trakcie kwitnienia.

– Widzę żeś zdumiony pięknem tego miejsca, mroczny chłopcze – zaskrzypiał nagle za jego plecami starczy głos kobiety.
– O, witam, nie zauważyłem pani – rzekł Damian odwracając się w stronę mówiącej.
– Nic nie szkodzi, mroczny chłopcze – machnęła lekceważąco kościstą ręką staruszka. – Często mnie nie zauważają, nawet gdyby miało zależeć od tego czyjeś życie. W końcu, kobieta stara jak świat, kto by się nią przejmował? – mówiąc to spojrzała prosto w oczy młodzieńca i ten mógł ujrzeć, że pomimo podeszłego wieku, jej oczy wciąż wyglądają młodo i świadczą o jej inteligencji. Dostrzegł w nich jednak jeszcze coś, coś co przywodziło mu na myśl sformułowanie mądrość wszechświata. Zaczął się zastanawiać, czy kobieta przypadkiem nie mówi poważnie, twierdząc, że jest stara jak świat.
– Uważam, że starsi ludzie mają w sobie więcej mądrości.- powiedział, gdyż naprawdę tak uważał.
– Też zależy którzy – odpowiedziała starsza kobieta, uśmiechając się z lekkim przekąsem.
– Przepraszam, być może nie wypada, ale ile ma pani lat?
– Kto by to pamiętał mroczny chłopcze – odpowiedziała, zbywając go lekceważąco. – Masz w sobie mrok nocy, młodzieńcze. Widać że wróciłeś z granic tego co można uznać za rzeczywiste – oparła nagle zmieniając temat.
– Pamiętam jak przez mgłę, co się ze mną działo.
– Nie potrzebnie wysilasz umysł, raczej skup się na tu i teraz. Sądzę, że to czego szukasz jest w tym szpitalu. Pomoże ci w odnalezieniu siebie.
Mężczyzna obrócił się w stronę szpitala i spojrzał na budynek z perspektywy rajskiego ogrodu. Wyglądał on jak za czasów renesansu; plac wypełniony rzeźbami aniołów, rycerzy i demonów walczących ze sobą, tworzył niesamowitą mozaikę dla oglądającego.
– Tam znajdziesz odpowiedzi na pytania, które Cię nurtują i pomogą ci w twej dalszej ścieżce – dodała starsza kobieta.
– Dziękuję pani, czy mogę się jakoś odwdzięczyć? – spytał, wciąż podziwiając szpitalne mury.
– Dbaj o moje niewinne dzieci, które nikomu nie zawiniły.
– Kim są twoje dzieci staruszko? – zapytał marszcząc brwi, lecz nadal nie odwracając się w stronę rozmówczyni.
– Zwą mnie Gają, będziesz wiedział… – ostatnie słowa staruszki ginęły w podmuchu wiatru, a może to same słowa brzmiały jak jego świst?
– Gaja? – pomyślał, marszcząc i tak pobrużdżone już w ciężkim wysiłku myślenia czoło. Odwrócił się szybko nie mogąc uwierzyć, że rozmawia z awatarem ziemi, jednak nikogo obok siebie nie zobaczył i tylko delikatny podmuch wiatru, muskający go jakby z czułością po policzku, niósł w sobie jakąś obecność. Zaczął się zastanawiać, czy ma halucynacje, czy zdarzyło się to naprawdę. Po chwili jednak zrozumiał, że takiego omenu nie można zlekceważyć. Ruszył w kierunku szpitala. Momentalnie wzbił się silny wiatr, wprawiając rajski ogród w nagły ruch. Na niebie zaczęły zbierać się ciemne deszczowe chmury. Wszyscy ludzie, którzy do tej pory spacerowali spokojnie po alejkach, w nagłym popłochu zaczęli zdążać w stronę budynku. Młody mężczyzna, w porównaniu do innych, zamiast paniki, poczuł w sobie narastającą siłę, która wstępowała w niego wprost z Ziemi. Zabrał spokój rajskiego ogrodu ze sobą, do skażonych bólem i niemocą szpitalnych korytarzy. Wiedział, że musi mieć moc, aby móc przemieszczać się w tym odrażającym miejscu, do którego zmierzał.

Kiedy znalazł się już w gmachu, przechodząc obok pokoi, dobiegł do niego pełen wzburzenia, dziewczęcy głos.
– To nieprawda! Ona nie wyszłaby stąd bez pożegnania ze mną. Ona nie mogła stąd wyjść!
Z pokoju, koło którego przechodził Damian, wybiegła młoda dziewczyna o kruczoczarnych włosach, tym samym wpadając na niego. Spojrzała na niego, wznosząc swoją twarz. Damian ujrzał czarne oczy, z których ciekły, spływające po policzkach, łzy. Ledwo dostrzegając z kim rozmawia, wymamrotała:
– Przepraszam…
– Nic nie szkodzi, co się stało?
– Nie ważne i tak mi nie uwierzysz.
– Z naszej dwójki to raczej ja mam bardziej nieprawdopodobne przygody, więc może jednak spróbujesz, a nuż Ci pomogę. Mam sporo zdolności z tego, co ostatnio zauważyłem.
– Detektywistycznych też?- parsknęła, ale chłopak spojrzał jej głęboko w oczy i odnalazł drogę do jej umysłu, wyciągając wciąż żywe wspomnienia jej najlepszej przyjaciółki, ich wypadek samochodowy w którym zginął ojciec koleżanki. Ujrzał ich rozmowy na temat starszej pani.
– Odpowiesz mi na to pytanie? – Głos dziewczyny wyrwał go z transu.
– Nie jestem detektywem, ale myślę, że jestem w stanie znaleźć ją szybciej, niż jakikolwiek detektyw.
– Skąd ta pewność? – spytała, podejrzliwie mrużąc już suche oczy.
– Twoja najlepsza przyjaciółka i ty, miałyście wypadek samochodowy, nazywa się Dorota i trafiłyście tu razem.
– Skąd wiesz? Szpiegowałeś nas? – ton dziewczyny zmienił się na ostrzejszy, jej energia zmieniła się na bardziej negatywną i wrogą.
– Nie, nie, nic z tych rzeczy. Sam miałem wypadek… Nic więcej nie wiem, jednak od czasu przebudzenia ze śpiączki, zauważyłem u siebie pewne zdolności. Chcę je przetestować. Oboje wyjdziemy na tym dobrze.
Uderzenie grzmotu zagłuszyło wszelkie ewentualne protesty dziewczyny. Rozpadało się, wiatr dął z wielką siłą, wprawiając w drżenie szpitalne okna. Duże krople deszczu uderzały z impetem o szyby.
– Nigdy nie miałam do czynienia z medium. Jasne, chcę pomocy. Jestem pewna, że ona nie wyszła ze szpitala. Coś musiało jej się stać. Jestem Monika- dodała po chwili.
– A ja Damian. Od czego powinniśmy zacząć?
– Nie mam pojęcia – Monika wzruszyła ramionami w geście rezygnacji.
– Może spytamy się o nią dyrektora? Jeśli zaginęła, to na pewno ktoś mu o tym doniósł – powiedział Damian.
– Warto spróbować – odparła z uśmiechem.

Burza się nasilała. Przemierzali korytarze szpitala w poszukiwaniu gabinetu dyrektora. Silny blask błyskawic zaglądających przez okna, rozświetlał im co jakiś czas, słabo oświetlone korytarze. Deszcz i huk grzmotów przypominał hipnotyzującą muzykę. Niektórzy chorzy, odczuwając jakiś irracjonalny, pierwotny strach, chowali się w swoich pokojach, kuląc się na łóżkach i próbując stłumić dreszcze, pojawiające się przy każdym grzmocie. Inni pacjenci oglądali ją stłoczeni przy oknach w dwu i trzyosobowych grupkach w milczeniu, z nabożnym zachwytem, oczekując na zbawienny koniec. Damian i Monika dotarli do bardziej zadbanej części oddziału. Tutaj ściany miały bielszy kolor. Może częściej są malowane ściany? A może energia jest tutaj mniej zepsuta? – pomyślał Damian, przyglądając się korytarzom. W końcu znaleźli pokój dyrektora. Stanęli przed drzwiami, których poszukiwali.
– I jak to rozegramy? – zapytała Monika.
– Ty mówisz, ja patrzę mu w oczy i szukam informacji. Myślę że powinienem się na tym skupić dosyć mocno, dlatego też dyskomfort rozmowy zrzucę na ciebie – odpowiedział spokojnym głosem.
– Nie wiem od czego zacząć… – zmarszczyła brwi zaniepokojona.
– Najpierw się przedstaw, potem powiedz jak ja się nazywam. Następnie powiedz tak: Przyszłam w sprawie Doroty P… ? – spojrzał pytająco na dziewczynkę.
– Paczkiewicz – podsunęła usłużnie.
– …Doroty Paczkiewicz, wiemy że zaginęła i chcielibyśmy wiedzieć co się stało. A potem co mam mówić?
– Nie wiem wymyśl coś – uśmiechnął się lekko i zapukał do drzwi. Poczuł od dziewczyny podenerwowanie oraz nutkę strachu.

– Proszę – usłyszeli stłumiony, ponury głos.
Damian otworzył drzwi i puścił dziewczynę przodem. Ich oczom ukazał się pokój ze stojącym na środku starym brązowym biurkiem, ozdobionym misternie na rogach skrzydlatymi aniołami podpierającymi blat. Średniej postury mężczyzna, za biurkiem zastawionym komputerem i mnóstwem dokumentów, siedział rozparty w brązowym fotelu. Miał lekką łysinkę i stare okulary w grubych oprawkach. Między dwoma dużymi oknami, znajdującymi się za jego plecami, znajdował się duży krzyż, w środku którego niemo dogorywała pozłacana rzeźba Jezusa Chrystusa. Za oknami wciąż szalała burza, cyklicznie oświetlając wnętrze pokoju błyskawicami, wielkodusznie wspomagając nowoczesną lampę świetlówkową na suficie.
– Czym mogę służyć?- powiedział niskim głosem pan dyrektor. Mówcie szybko, mam dużo pracy – dodał, niecierpliwie wymachując trzymanym w ręku piórem. Dziewczyna wyrecytowała swoją kwestię, Damian zaś spoglądał dyrektorowi w oczy. Przez moment czuł opór jaki stawiał jego umysł, jednak udało mu się go w miarę szybko przełamać barierę i ujrzał jak dyrektor ogłasza śmierć Doroty i wiedząc, że to nie była pierwsza ofiara dziwnych zaginięć w tym szpitalu. Zobaczył lekarzy ogarniętych niemocą, znoszących teczki z aktami zaginionych. Widział dyrektora osobiście zaangażowanego w poszukiwania, chodzącego po salach, po całym szpitalu, jednakże na próżno. W końcu ujrzał krematorium , w którym spłonęły rzeczy osobiste, pozostałe po dziewczynkach, aby po ich obecności nie pozostał żaden ślad. W pewnym momencie został wyrwany z transu. Kiedy powrócił do rzeczywistości, zobaczył, że dziewczyna kłóci się zajadle z dyrektorem.
– Przepraszamy za najście, wiemy już wszystko co chcieliśmy – powiedział szybko i, chwytając dziewczynę za łokieć, pociągnął ją lekko w stronę wyjścia. Monika słysząc to, zrozumiała, że czas kończyć i pozwoliła poprowadzić się przez Damiana do wyjścia.
– To jeszcze nie koniec – nie odmówiła sobie jednak ostatniego słowa.
Pośpieszali korytarzem, oddalając się od gabinetu, z którego przed chwilą wyszli. Dopiero po minucie padło pytanie:
– Czego się dowiedziałeś?– Monika powiedziała to z nutką niepokoju, jakby podejrzewała najgorsze.
– Była jedenastą ofiarą zniknięcia. Dyrektor widział teczki dziewczynek, które tu zaginęły, lekarze pytali się co z tym zrobić. Po nieudanych poszukiwaniach, to on zdecydował, że sprawę trzeba będzie zatuszować. Rzeczy dziewczynek wylądowały w krematorium. – westchnął smutno – A szkoda, może udałoby się je znaleźć poprzez ich rzeczy – dodał tonem wyjaśnienia.
– Zaraz, zaraz, ja mam jej arafatkę! – krzyknęła tryumfująco Monika. – Czy to wystarczy? – dodała głosem pełnym nadziei.
– Nie wiem, zobaczymy. Wiesz, jeszcze tego nie próbowałem. Robiłem to tylko w świecie astralnym… – chwilę się zastanowił, spojrzał za siebie, potem na nią i znów się odwrócił.
– Co robisz?
– Nic takiego. Gdzie masz tą arafatkę?
– W moim pokoju, nigdy się z nią nie rozstawałam. Nie uwierzysz w jaką histerię wpadłam, jak ją kiedyś zgubiłam…
– Dobra, leć po nią. Ja tu zostanę, usiądę na krześle i poczekam na ciebie. Muszę pozbierać myśli.
Młody mężczyzna zajął pierwsze krzesło jakie jego wzrok wyłowił z przestrzeni korytarza. Usiadł i zapatrzył się w osadzone na przeciwko okno, za którym wciąż błyskało czarne niebo, regularnie przeszywane błyskawicami.
Czy to sen? – zapytał się w myślach. – Czy faktycznie mam takie zdolności? Kim ja jestem? Imię ,,Damian” tak obco brzmi. Co się dzieje? Pamiętam dziewczynę… Nie, błąd, pamiętam księżniczkę ze snów i ciemność z otchłani zapomnienia, lecz co było dalej? Nie wiem… Zagłębił się w myślach, próbując sobie przypomnieć dalszy przebieg wydarzeń, tym samym budząc tkwiącą w nim ciemność. Oddał się medytacji do tego stopnia, że stracił poczucie jestestwa i czasu.

Z transu wyrwał go dopiero zadowolony, choć nieco zdyszany okrzyk dziewczyny
– Jestem! – usłyszał znajomy głos.
– masz arafatkę?- spojrzał na nią pytając.
– O mój boże, co ci się stało?- usłyszał w odpowiedzi na swoje pytanie zdumiony i przestraszony głos Moniki.
– To znaczy?- zapytał bez emocji, nie rozumiejąc, o co takie zamieszanie.
– Twoje oczy…- Jej głos drżał z przejęcia.

Damian ruszył w poszukiwanie lustra. Po krótkiej wędrówce trafił do toalety męskiej. Monika dreptała za nim krok w krok i nie przejmując się konwenansami, przekroczyła wraz z nim. Mrugająca niepewnie jarzeniówka wyłoniła z lustra odbicie młodego mężczyzny o bezdennie czarnych oczach. Czerń rozchodziła się na całe tęczówki i dalej, zachodząc na białka, co sprawiało wrażenie jakby w jego oczach powstały głębokie, kipiące czernią kratery. Mężczyzna spoglądał beznamiętnie na swoje odbicie. Po chwili pełnej napięcia ciszy, przerywanej rzężeniem jarzeniówki, powiedział:
– Daj mi tą arafatkę.
Dziewczyna w ciszy podała mu chustę, bacznie obserwując jego ruchy z rozszerzonymi ciekawością, a może strachem, źrenicami. Młody mężczyzna zamknął oczy.

Pod powiekami ukazała mu się płaszczyzna świata, rozłożona jak na sieci. Człowiek na niej był tylko zbiorem połączeń w wielkim wzorze utkanym przez pradawnego pająka. Pajęczyna znajdowała się w wiecznym ruchu, poruszając się, odłączając i łącząc, jak neurony w mózgu. Damian zaczął się po niej przemieszczać swoją świadomością, jakby robił to od urodzenia. Albo na długo przed… .

Arafatka była na tyle silnie powiązana z właścicielką, że za jej pomocą, po liniach energii wychodzącej z niej, bez trudu odnalazł miejsce połączeń, w którym znajdowała się świadomość poszukiwanej. Miejsce, w którym tkwiła, nie prezentowało się zbyt ciekawie, ba, wyczuwał duże zagrożenie płynące stamtąd, a przecież nie znajdował się tam fizycznie!
Przyjrzawszy się temu dokładniej, odnalazł epicentrum tej świadomości i otworzył oczy mówiąc:
– Wiem gdzie ona jest – zabrzmiało to trochę enigmatycznie i Monika nawet przez chwilę miała wrażenie, że chłopak sobie żartuje, ale powiedziała tylko:
– Tak? Gdzie?
– Ona nie opuściła szpitala.
– Żyje?
– Chyba tak.
– Więc na co czekamy? Chodźmy po nią!
– Posłuchaj, zabiorę cię ze sobą, ale masz robić to, co każę. Coś mi się nie podoba w tym miejscu.
– No dobra. Prowadź czym prędzej.– rozentuzjazmowana Monika zupełnie nie przejęła się perspektywą niebezpieczeństwa.

Jak na życzenie Moniki, niezwłocznie ruszyli przez korytarze szpitala. Damian prowadził ich bazując na tym, co ujrzał w pajęczej sieci oraz na intuicji. Szli w milczeniu, pośpiesznie. Od dziewczyny zdawało się emanować teraz podenerwowanie i strach. Atmosfera zgniłej energii zdawała się być bardziej wyczuwalna na tle oczyszczającej burzy, która rozgrywała się poza budynkiem. Czuć było namacalnie, że natura na zewnątrz szaleje, jakby miała rozerwać znany nam świat na strzępy. Do uszu przechodzącej korytarzami dwójki docierały urywki rozmów starszych, schorowanych ludzi: „nie pamiętam tak silnej burzy”, „na pewno będą po niej straszne zniszczenia” , „Nie ustępuje tylko się nasila, może to jakiś huragan?”.

    Szli długo krętymi korytarzami, aż w końcu dotarli do oddziału zamkniętego przez szpital. Ta część została wyłączona z użytku z powodu zniszczeń jaki poczynił, mający miejsce jakiś czas temu, pożar. Szpitalne fundusze nie pozwalały dyrekcji przeprowadzić stosownego remontu.

Może podczas pożaru zginęło dużo osób? – pomyślał sobie młodzieniec. Przed nimi znajdowała się rozłożona plandeka, chroniąca przed widokiem zwęglonych ścian, a przed nią ktoś ustawił drewniany stojak z przybitą kartką, głoszącą: „ZAKAZ WSTĘPU”.
– Trzymaj się mnie i staraj się iść powoli, nie wychodząc z ciemności. Dyskretnie i ostrożnie. Planuj swoje ruchy.- powiedział szorstko, stłumionym głosem Damian.
– Postaram się.- szepnęła Monika ze ściśniętym strachem gardłem.
Wśliznęli się cicho za plandekę, Damian wszedł jako pierwszy. Ściany w tym miejscu gdzieniegdzie upstrzone były sadzą, gdzieś kapała woda, wszędobylska ciemność rozpraszana była jedynie przez łaskawość błyskawic. Część okien straszyła wybitymi szybami, przez które przedostawało się nieprzyjemne zimno i deszcz. Damian szedł ostrożnie, cały czas starając się pozostawać w ciemności, jednocześnie trzymając za rękę Monikę. W momencie, kiedy zbliżali się do pnących się spiralnie krętych schodów, ekstrawagancko opasających windę, usłyszeli dziewczęce śmiechy dochodzące z góry. Monika niczym dziecko nie potrafiące zapanować nad emocjami, ruszyła w tamtą stronę, wyłaniając się z ciemności.

Głupia! – pomyślał Damian. Czuł, że nie powinien zdradzać swej pozycji, postanowił pozostać w cieniu. Szedł powoli śladem koleżanki, która rozpoczęła wspinaczkę do góry po starych schodach. Stylizowane schody na szczęście okazały się być zrobione z betonu, co eliminowało ewentualne skrzypienie lub, co gorsze, zawalenie. Mimo to wspinał się powoli, tym samym zwiększając dystans między nim a Moniką, która zdążyła zniknąć już u szczytu schodów. Dobywał się stamtąd ciepły blask świec. Kiedy tam dotarł, jego oczom ukazał się zastawiony wieloma świecami strych. Ujrzał swoją towarzyszkę, która została otoczona przez tuzin dziewczynek w zbliżonym do jej wieku. Wszystkie odziane były w brudne szpitalne pidżamy, a z zakrzywionych, przebierających w powietrzu palców wystawały długie, ostro zakończone pazury. Większość dziewczynek zamiast oczu posiadała ziejące bezdenną ciemnością otwory. Te, które je jeszcze posiadały miały je przysłonięte powiekami, które zrosły się na zawsze. Spod ich skóry przebłyskiwał dziwny, żółtawy blask, otaczający je poświatą. Mówiły coś do Moniki w dziwny sposób, przeciągając samogłoski. Damian wytężył słuch i do jego uszu dotarła ich rozmowa:
– Na pewno będziesz mogła z nami zostać, babcia jest dobrą istotą, tak, tak, babcia jest dobrą istotą na pewno pozwoli Ci zostać, tak, tak, zostań z nami…- mamrotały jedna przez drugą zacieśniając krąg wokół zdezorientowanej dziewczyny.
– Na pewno? Chciałabym. Gdzie ona jest? –Przemówiła, widać było, że odczuwa strach i ulgę zarazem, powodowaną znalezieniem swojej przyjaciółki. Widziała ją w tłumie, miała zrośnięte powieki, lekko poczerniałe obwódki ust i również coś szeptała do niej, unosząc
głowę do góry jakby węsząc. Zachowanie i wygląd jej przyjaciółki stanowczo odbiegało od tego na co dzień.

Rozmyślania Moniki zostały przerwane pojawieniem się nowej postaci. Wyłoniła się z ciemnego zatęchłego i przesiąkniętego wilgocią wnętrza strychu. Wysoka postać z wielkimi ostrymi jak brzytwa zębami, wystającymi zza szeroko rozchylonych w uśmiechu ust. Jej blade dłonie ozdobione były takimi samymi pożółkłymi szponami jak u dziewczynek, jednakże były one o wiele dłuższe i ostrzejsze. Odziana była w szarą, długą suknię i płaszcz. Kaptur zrzucony na plecy, ukazywał pomarszczoną niczym pognieciony pergamin twarz, w której płonęły czerwone oczy. Miała długie, siwe włosy spływające swobodnie po obu stronach twarzy. Na jej widok wszystkie dziewczynki rozpromieniły się, ukazując ostre ząbki w szerokich uśmiechach.
– Co się dzieje moje małe dziewczynki? – powiedziała istota głosem, jakim dysponuje przeciętna, poczciwa, stara babcia przygotowująca pociechy do łóżek.
– Moja przyjaciółka sprzed przemiany przyszła tu za mną, jest odważna i silna – powiedziała Dorota i uśmiechnęła się promiennie dodając:
– Proszę zmień ją, będziemy się mogły razem bawić.
– Tak, prosimy, na pewno się przyda – powiedziała inna dziewczynka.
– Moje kochane, ale do naszego projektu już mam was komplet – oznajmiła istota, głaszcząc najbliższą dziewczynkę po włosach.
– To na pewno zrządzenie losu, że pojawiła się wśród nas, a babcia przecież mówiła, że przeznaczenie trzeba szanować i respektować…
– Dobrze słuchałaś moich nauk Khystire – odwróciła się w stronę Moniki, podchwytując jej wzrok, i rzekła hipnotycznym głosem- Dobrze, biegnij więc na dół, dziewczynko, jakby sam demon z piekieł cię gonił, biegnij nie oglądając się za siebie, do najgłębszych, najczarniejszych podziemi tego szpitala. A gdy tam dotrzesz, gdy znajdziesz się w absolutnych ciemnościach, biegnij dalej, aż do utraty tchu, aż do bólu mięśni i płuc i dalej, poza granice bólu – Istota obdarzyła ją szerokim uśmiechem jakby chciała powiedzieć „powodzenia”. Monika, wysłuchawszy tego polecenia, odwróciła się posłusznie i zerwała do biegu, zaraz po umilknięciu ostatnich słów demona. Wyminęła Damiana skrytego w cieniu i zniknęła na schodach prowadzących w dół. Młodzieniec przez chwilę rozważał, czy powinien zdradzić swoją obecność i ruszyć za nią, czy pozostać w ukryciu. Wybrał pogoń za dziewczyną, mając nadzieje, że cokolwiek się stanie, jest zdolny ją ocalić. Ostrożnie, tak, aby wciąż pozostać niezauważonym, wycofał się schodami na dół. Tym razem szedł pewniej, gdyż znał już stopnie, którymi stąpał. Znał ciemność, którą kroczył. Mimo wszystko, nie był jednak w stanie dotrzymać szalonej Monice kroku w tym wyścigu. Kiedy był w połowie drogi, jego uszy przeszył wgryzający się na zawsze w jego pamięć, wysoki krzyk, pełen niewysłowionego bólu, jakby ją żywcem obdzierano ze skóry. Akompaniował temu potężny grzmot pioruna, który najwyraźniej uderzył gdzieś blisko szpitalnych murów.

Damian, dotarłszy na miejsce zdarzenia, mógł stwierdzić, że nie był daleki od prawdy. Zdyszany gonitwą po całym gmachu, dotarł na samo dno szpitalnych piwnic, a może głębiej?

Kres tego wyścigu nastąpił u wejścia do komnaty ustrojonej ludzkimi wnętrznościami, kośćmi i płatami wysuszonego już gdzieniegdzie mięsa. Z sufitu zwieszały się haki, a na nich nabite były rozprute zwłoki w różnym stadium rozkładu. Na jednym z nich dostrzegł świeżą połać mięsa, kości i ścięgien, wśród których znajdowało się bijące ostatnimi uderzeniami serce. Na środku pomieszczenia siedziała drewniana lalka. Damian początkowo wziął ją za kolejną dziewczynkę, jednak sztywne ruchy oraz charakterystyczne dla lalek złączenia stawów uświadomiły mu, że ma do czynienia z oddaną w najdokładniejszych szczegółach kukiełką. Ubrana była w grubą warstwę kremowych i białych halek niczym dama, idąca połączyć się w węźle małżeńskim ze swoim ukochanym. Obróciła się w stronę Damiana, który mógł dostrzec idealnie wyrzeźbione rysy twarzy; wielkie, czarne oczy, karminowe, drobne usta w kształcie serca, oraz zaróżowione policzki, okolone czarnymi spiralami trefionych loków, sięgających podbródka.
– Kim jesteś? O tobie mi nie wspominano – powiedziała, sztywnym ruchem przechylając na bok drewnianą główkę. Mimo, że Jej usta się nie poruszyły, pytanie dotarło do uszu Damiana.
Może to wściekłość z powodu utraty życia jego towarzyszki, a może to energia, płynąca spod ziemi, która w tym miejscu była wyjątkowo mocno skondensowana, spowodowała, że z Damiana wyzwoliła się, drzemiąca w nim do tej pory, moc. Jego dusza, następnie organy wewnątrz ciała, w końcu same ciało, zostały strawione przez ciemność nie do okiełznania. Przerażającą ciemność, która każdą istotę ludzką jest w stanie doprowadzić do szaleństwa. Człowiek, znany do tej pory jako Damian, zniknął, a w jego miejsce pojawiła się istota nazywana przez ludzi Demonem Strachu.
Postać, znajdująca się przed nim, zaczęła:
– Witaj, nareszcie doczekałam… – nie skończyła gdyż, Mrok spadł na nią niczym grzmot, którego odgłos do niedawna towarzyszył skowytowi jej ostatniej ofiary. Ciemność wysunęła szpony absolutnej nicości, niszcząc nie tylko lalkę i to czym była, ale również całe pomieszczenie, w którym się znajdowała.

Wędrując w okamgnieniu przez pomocną ciemność, czającą się usłużnie w każdym zakamarku szpitala, dotarł na sam strych, gdzie ujrzał wymykającą się pospiesznie starą wiedźmę. Nieznacznym ruchem macek, ożywił mrok znajdujący się wokół niej, bez wysiłku pozbawiając ją w ten sposób życia. Dziewczynki nawet nie zauważyły, że ich babcia umarła. Spojrzał na nie. Było ich trzynaście razem z istotką, która jeszcze niedawno była Moniką. Owionął je swą postacią, ukazując im się niczym demon, przybywający po odczynieniu rytuału. Patrzyły na niego ze zdumieniem i niemym podziwem.
– Cóż mam z wami zrobić? Straciłyście wszystko i zmieniłyście się w potwory – szepnęła ciemność, docierając do uszu każdej z nich głośno i wyraźnie.
– Zabierz nas ze sobą! – odpowiedziały chórem.
– Tak też będę musiał zrobić. I zrobię to z radością.
Ciemność przygarnęła je do siebie, wchłaniając je do swojego wnętrza, zsyłając na nie błogosławieństwo przynależenia do niego. W mroku pozostały widoczne tylko zimne, żółte oczy.
– Teraz rozsiejcie swój koszmar i bądźcie na me rozkazy – powiedziała Ciemność, zwana kiedyś Damianem, mrocznym chłopcem.

***

…Tak, teraz już mogę to zrobić…
– Obudź się Damianie, Deimonie, zwany Ciemnością i Koszmarem. Obudź się, mówię – mantrował ktoś natrętnie nad moim uchem.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem pochylającą się nade mną, ciemną postać, ubraną w płaszcz z narzuconym na głowę kapturem. Znajdowałem się w szpitalu, w Winnym Mieście. Dookoła mnie leżeli inni pacjenci, lecz wszyscy oni spali spokojnym snem.
– Czy ja śnię? – zapytałem.
– Zawsze, mój bracie. Teraz jednak, masz do spełnienia zadanie. Masz już uszykowane nowe ciało. Witaj znów wśród nas. A teraz wstań, niebawem wszystkiego się dowiesz.

Dodaj komentarz

Allowed Tags <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

3 odwiedzających teraz
1 gości, 2 bots, 0 członków
Cały czas: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am
Najwięcej dzisiaj: 5 o godz. 05:41 am
Ten miesiąc: 31 o godz. 12-04-2018 12:51 pm
Ten rok: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am