Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Teksty

©Pan Potworek

W moim równowężu

 !

 A teraz zamknę oczy. Zastanawiam się przez chwilę, czy kiedy je znowu otworzę, to będę w tym samym miejscu. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, dlatego zastanawiam się tylko odruchowo, tylko przez chwilę. Kiedy otwieram oczy, to nigdy nie interesowało mnie czy pamiętam miejsce, w którym byłem. W ten sposób pytanie pozostaje bez odpowiedzi i nie ma to żadnego znaczenia.

– Miauu! – powiedział Kerandeta wchodząc do Zzazasłony.

– Eeej! Umawialiśmy się przecież, że nie będziemy rozmawiać w uniwersalnym – odpowiedziałem, ze zdawałoby się niemożliwą, mieszanką wzburzenia i rezygnacji.

– No tak, zapomniałem – usprawiedliwił się- chciałem powiedzieć, że… przerwałem mu.

– Wiem co chciałeś powiedzieć, przecież właśnie to zrobiłeś.

– No tak, rzeczywiście – odparł lekko zmieszany i wtedy dostrzegłem, że jest zmęczony podróżą, postanowiłem się go więcej nie czepiać. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Ja wróciłem do przeglądania pohoryzontów niewydarzeń poprzedniej nocy, a mój przyjaciel po chwili zabrał się za regulowanie stałych psychofizycznych zamienników para subiektywnych pseudorzeczywistości naszych pacjentów. Kerandeta posiadał zdolność, dzięki której odpoczywał w pracy. Skupiał się na zadaniu tak bardzo, że całe jego jestestwo ogarniał spokój i harmonia równa temu, jaki panuje we Wszechświecie. Dlatego po niedługim czasie znów był pełen energii. Ja też posiadałem tę zdolność. Z resztą, dla takich jak my nie było to nic nadzwyczajnego. Z monotonii niefascynujących, a przez to raczej satysfakcjonujących niewydarzeń, pełnych domów, synów i drzew, wyrwała mnie jedna znacznie bardziej chaotyczna wizja, zaskoczony wykrzyknąłem:

– Wooohoł! – po czym już artykułując z dużą dozą entuzjazmu dodałem – Weź no obczaj to, ten zdecydowanie ma potencjał, naprawdę, ale to naprawdę niezłe.

– A tak, wiem, pokazywałeś mi go w zeszłym tygodniu, nie pamiętasz? – powiedział bez najmniejszych oznak entuzjazmu mój druh prawdziwy.

– No tak, teraz sobie przypominam – odpowiedziałem udając, że drapię się po głowie. Po chwili zamyślenia dodałem:

– Nie sądzisz, że ten byłby dobrym pacjentem do wciągnięcia na listę Przeklętych i Zapomnianych?

– Chciałeś powiedzieć na listę Beneficjentów Programu Wsparcia Pozornie Nieplanowanego – raczej stwierdził niż zapytał Kerandeta.

– Tak! Właśnie tę listę mam na myśli – potwierdziłem z powracającym entuzjazmem.

– No to samo i ja zaproponowałem w zeszłym tygodniu, ale ty tylko prychnąłeś i powiedziałeś: nieee, co z tego, że ma potencjał skoro nierealizowany – odparł jakby znudzony, gasząc tym samym doszczętnie moje zaangażowanie.

– No tak, masz rację – powiedziałem zrezygnowany.

– Nie, to ty miałeś rację- powiedział pojednawczo Kerandeta.

Nietypowa pętla myśli kazała mi jeszcze kilkadziesiąt krotnie przemyśleć ten przypadek. W tym czasie on zajął się znowu swoją pracą. Wyniki moich przemyśleń, mimo że nie dawały się uchwycić w żadnych konkretnych wnioskach, w jakiś sposób nie pozwalały mi więcej pracować. To stało się naturalnie kolejnym tematem moich zapętlonych przemyśleń a zwieńczeniem tego procesu były słowa, które dość automatycznie wypłynęły z moich ust:

– Chyba za długo nad tym siedzę – odpowiedziała mi cisza, być może było to tak oczywiste, że Kerandeta nawet nie raczył przytaknąć mi leniwym „mhm”. Kontynuowałem:

– Zaczynam widzieć w tych pohoryzontach jakieś rzeczywistości, coś istotnego, jakieś konkretne prawdy, czy coś w tym rodzaju.

– No i tu też masz rację, w jakimś innym świecie one się przecież realizują – skomentował stoicko mój towarzysz w niedoli.

– No właśnie i wiesz, zaczynam się tym przejmować, bo myślę sobie a ,,co by było gdyby’’ i ,,gdzie to wszystko prowadzi’’, no ale skupić mam się tylko na tym jednym świecie, tylko tym JEDNYM i olać całą resztę, i wtedy zastanawiam się, czy to ma sens? – wylałem z siebie zaskakujące nawet dla mnie oznaki frustracji.

– Wiesz, że nie ma sensu zadawać takich pytań – odpowiedział wciąż niewzruszony Kerandeta. Wiedziałem, że ma rację, przemyślałem to przez ciut chwilkę.

– Istotnie, ale w ten sposób odpowiedziałem sobie na inne pytanie – rzekłem w końcu.

– Doskonale, co zatem zamierzasz? – teraz mój rozmówca zaczął zdradzać oznaki entuzjazmu.

– Na Płucfumie… – zacząłem, lecz w tym momencie brutalnie mi przerwał – Znowu?!?! Za co tym razem?! – wzburzył się.

– NIE! – krzyknąłem – Daj mi dokończyć. Nie napłuc Fumie, ale na Płucfumie. Tam jest kapliczka, nie czekaj, pomyliło mi się, kapliczka jest w Niegrzeszwięcej. Na Płucfumie jest…, jest tam…, yyy…, no właśnie nie wiem co tam jest i dlatego pójdę to sprawdzić! – ucieszyłem się. Następnie zerwałem się z krzesła i chwyciłem moją torbę podróżną.

– Zanim pójdziesz – zatrzymał mnie w pół kroku Kerandeta – przypomnij mi czym jest Zzazasłona.

– Łojeja – zacząłem zawodzić – aż tak źle z twoją pamięcią? ,,Jak on mógł zapomnieć coś tak podstawowego?”, już miałem zapytać sam siebie ale on zdążył się wytłumaczyć zanim to nastąpiło:

– To nie tak, ja wiem czym jest…, ale chodzi mi o słowa, wiesz, te których użyłeś wtedy na szkoleniu pierwszych i przedostatnich.

– Słowa?! – zapytałem ponownie, ale tym razem trochę inaczej zdziwiony – A co cię słowa obchodzą? Wiedza ci nie wystarczy? Słów ci się zachciało? Jakieś nowe hobby czy co? – zacząłem się go czepiać.

– Nie, nie i jeszcze raz nie…, chodzi o to, że…, pamiętasz ten mój eksperyment? Jedyny jak do tej pory zresztą? Chcę mu powiedzieć o tym miejscu w zaświadomości i zobaczyć czy będzie umiał tutaj trafić, albo przynajmniej gdzie zawędruje próbując – uśmiechnął się złośliwie pod nosem.

– Acha, ok. No to dobra, ale wiesz, nie zdziw się jak go stracisz… – uspokoiłem się. „Jak ja to wtedy powiedziałem?” – zapytałem sam siebie.

– Więc Zzazasłona jest prapierwotną fuzją mega-poli-mezo-post-kognitywnej hiperfazującej stochastyczności pseudopryncypialnego…, a nie to nie to, wtedy nikt mnie nie zrozumiał – przerwałem sam sobie, nie widząc nawet miny mojego przyjaciela, która wyrażała niewyrażalną mieszankę rozbawienia, zażenowania i złośliwości. – Chyba już pamiętam – kontynuowałem:

– Zzazasłona naprawdę nie istnieje. Wydaje się jednak, że jest przeciwnie. Może wydawać się, że jest np. małym pomieszczeniem z pojedynczym okienkiem w czymś, co mogłoby być żółtą łodzią podwodną albo nawet jakimś pradawnym niewyobrażalnym niewiadomo czym, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że to wrażenie jest osiągalne gdzieś już prawie poza snami, gdzie wyćwiczony umysł nie traci jeszcze poczucia…, poczucia no odczuwalności czy jak to nazwać… To wszystko po to, żeby przeklęci i zapomniani mogli wyobrazić sobie, że chaotyczne wrażenia, wspomnienia i myśli kierujące ich rzeczywistością są powodowane jakimś wyższym porządkiem, że interwencja jest prawdziwa i zaplanowana. Zzazasłona byłaby miejscem, gdzie te plany są tworzone i nadzorowane.

– Dobra zapamiętałem – ucieszył się Kerandeta.

Odwróciłem się do drzwi i już miałem przekroczyć barierę niewyobrażalności, kiedy on powiedział:

– Pozdrów go ode mnie – zamarłem. Stojąc twarzą zwrócony w kierunku przejścia. Zapytałem tak chłodno, że szron osadził się na naszym jedynym okienku:

– Kogo?

– Nie zadawaj zbędnych pytań, wiesz przecież, że w tym świecie jest tylko jedna istota, którą mógłbyś ode mnie pozdrowić- odpowiedział ten żmij paskudny, nie podnosząc wzroku z biurka, przy którym pracował. Zrezygnowany zawróciłem i usiadłem z powrotem przy swoim biurku. Oczywiście, że pytanie było zbędne. Doskonale wiedziałem kogo miał na myśli. Istotę, której naprawdę, ale to naprawdę nie miałem ochoty spotykać, przynajmniej nie teraz.

– O, jeszcze tu jesteś? – udał zdziwienie po dłuższej chwili Kerandeta.

– Skąd przypuszczenie, że będę miał okazję go spotkać? – To było kolejne zbędne pytanie, ale chłód w moim głosie powstrzymał go od bezpośredniego czepiania się mnie.

– Tej nocy znów otwierają wrota…, nasi dzielni pacjenci. Powinieneś pamiętać, sam ich tego przecież nauczyłeś…, mniej więcej – pouczył mnie, a po chwili dodał – a w ogóle to co tak siedzisz jak jakiś zasiedziały typ, co się zasiedział. Wstań i idź z moim błogosławieństwem tam, gdzie cię wola zaprowadzi! – Nie wywarło to żadnego efektu, dalej siedziałem zrezygnowany. Patrzył na mnie przez chwilę oczekując, że może jednak się ruszę i kiedy już miał mnie znowu ponaglić przyznałem się:

– Boję się.

– No wiem, i ty wiesz, że ja wiem, więc po co mi to mówisz?

– Poczekaj – zaoponowałem – daj mi pomyśleć…, na głos – uciszył się, – Nie boję się go ja, to też wiemy, ale tam, jak otwieram oczy to jest inaczej. Rzeczywistość się staje taka…, silna, doświadczalna, szczegółowa…, jest wszechogarniająca i trwa, i trwa, i trwa, i nie chce przestać, jest natarczywa, uparta, niezaprzeczalna, bo nawet zaprzeczenia są rzeczywistością i nigdy się nie kończy, zalewa mnie bez końca i po jakimś czasie nie mogę tego znieść, zaczynam tracić zmysły. A wiesz jaki jest ten skurwiel, jak go spotkam w takim stanie, to on to wykorzysta, on uwielbia się znęcać, wiesz przecież – wyznałem na głos to co pewnie już i tak wiedział.

– No dobra, ale czemu ten strach cię zatrzymuje? – zapytał. – Przecież wiesz, że to oznacza, że twój eksperyment jest na dobrej drodze – on też powiedział coś co wiedział, że pewnie i ja wiem.

– No tak i cieszy mnie to bardzo. Ale obaj wiemy, że to bardzo delikatny proces. A ten skurwiel jest przeciwieństwem delikatności. Jak mnie zobaczy w takim stanie, to ja nie chcę wiedzieć co zrobi. Poza tym, cokolwiek on niszczy to ja to czuję, każdy drobny element, nawet jak o tym nie wiem i to tylko napędza ten strach, o którym mówiłem. Mam jakiś przesyt cierpienia, rzeczywistości, doświadczeń… Popadam w obłęd i ten obłęd mnie autentycznie i nieskończenie przeraża, boję się, że nie ma dna i że… – zamilkłem.

– I że co…? – zapytał Kerandeta, namawiając mnie do tego, żebym powiedział to, co i tak obaj wiemy.

– Że nie będę umiał stamtąd wyjść – powiedziałem wreszcie i wszelka wola działania opuściła mnie. Mój nie zawsze dobry przyjaciel zamyślił się chwilę i powiedział:

– Myślę, że za bardzo go demonizujesz – w tym momencie przerwał, bo musiał opanować śmiech. – On ma co robić i tak jak my skupia się tylko na swojej robocie, nie ruszy cię, chyba, że takie będzie jego zadanie i wiesz, że zrobi dokładnie to, co ma zrobić i nic ponad to. Poza tym taka odczuwalność musi świadczyć o tym, że twój pacjent ma bardzo silne połączenie z tym światem, może jest jakimś prorokiem albo czymś takim. A to bardzo dobrze dla twojego eksperymentu. Ból i strach itd…, są tylko jego bólem i strachem itd. Więc co ty się z tym tak in…, in…, in…, in…, no jak to szło do cholery, dentyfikujesz – nawet nie zapytał retorycznie, a po prostu ordynarnie pouczył mnie Kerandeta.

– No właśnie sam nie wiem – odpowiedziałem na to niezadane pytanie. – Więc wstań i idź – uradował się oprawca moich skatowanych wątpliwości – i nie identyfikuj się tak więcej, bo się porzygam – dodał wyraźnie dumny z siebie.

Tak i wstałem i poszedłem…

Otwieram oczy… Czuję przerażenie, ale jest ono na tyle silne, że paraliżuje poczucie rzeczywistości. Działa to jak jakiś wewnętrzny bezpiecznik, który chroni moją świadomość przed pełnym doświadczaniem. Próbuję uspokoić oddech i odzyskać kontrolę nad spanikowanymi emocjami. To w efekcie prowadzi także do większej świadomości. I wtedy znów doświadczam tego co powoduje przerażenie. Prowadzi to do szaleństwa, ale to szaleństwo chroni mnie przed obłędem. Obłędem, w który popadam przez to doświadczenie. Ma to swoje dobre strony. Muszę stwierdzić, że czasem znajduję wytchnienie w tym szaleństwie. Wadą tego stanu jest to, że wytchnienie zdecydowanie nie jest tym do czego dążę. Każda chwila odpoczynku sprawia, że mam coraz więcej niecierpliwości do tego, żeby brnąć dalej i wtedy znów konfrontuję się z doświadczeniem i znów popadam w obłęd. Jest to dużo gorsze od stanu w tchnienia. Nie mogę zmusić się do zbyt długiej konfrontacji, bo spowodowałoby to zbyt duże szkody, przynajmniej tak nauczyły mnie doświadczenia z przeszłości. Ciągła obecność przerażenia ma jednak też inny efekt. Staje się ono absolutnym i ostatecznym odnośnikiem wszystkich innych doświadczeń i myśli. Nieartykułowanym kontekstem i niezauważalnym tłem. Staje się ostatecznym problemem wymagającym ostatecznego rozwiązania i sama świadomość tego sprawia, że staje się także przyjacielem i doradcą. Zawsze obecne, pomaga zabijać. Zabijać bogów i iluzje. Staje się eliksirem i kluczem. Kluczem do tajemnicy istnienia… I kilku innych tajemnic.

Dodaj komentarz

Allowed Tags <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

5 odwiedzających teraz
0 gości, 5 bots, 0 członków
Cały czas: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am
Najwięcej dzisiaj: 5 o godz. 05:41 am
Ten miesiąc: 31 o godz. 12-04-2018 12:51 pm
Ten rok: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am