Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Teksty

©Pan Potworek

W moim równowężu

A trwało to dość długo…, chociaż czasu upłynęło niewiele. W świecie gdzie każda myśl może istnieć niezależnie od innych myśli i rozwijać się w coś na kształt samodzielnej niekoniecznie spełnionej opowieści, możliwe jest doświadczenie czegoś podobnego do wszechświatów równoległych. Może nie jest to doświadczenie pełne i doskonale wnikliwe, a tych wszechświatów może nie jest zbyt wiele, ale takie doświadczanie myśli nigdy nie było moim celem. Cel był zawsze inny.

Powróciłem.

– Miauu! – powiedziałem odruchowo.

– Miauu! – odparł równie odruchowo Kerandeta.

– O szlag! – powiedzieliśmy razem.

Kiedy rozpoczęła się nasza misja, umówiliśmy się, że nie będziemy używać uniwersalnego w Zzazasłonie. Ani ja ani on, nie potrafiliśmy sobie przypomnieć, dlaczego było to takie ważne, ale obaj pamiętaliśmy, że był ku temu jakiś naprawdę istotny powód.

– I jak było? – zapytał po chwili, odkładając dyferencjometr dezynwolturalyzacji teleolopaleontologii międzyprzestrzeni molekularnych.

– Zapomniałem go pozdrowić- odrzekłem, dewokując powoli przyzwyczajenia skwadratowiałego umysłu, jaki staje się udziałem ciągłej percepcji w świecie wewnętrznym.

– Byłem ciekaw, czy by coś odpowiedział- zadumał się mój lekko rozczarowany współpracownik, podnosząc ponownie dyferencjometr.

– Pewnie nic jak go znam- rzekłem bez zaangażowania.

– Pewnie nic… – zgodził się ze mną i wrócił do pracy nie odzywając się więcej. Ja tymczasem dokończyłem dewokację. Kiedy relaksowałem się kontemplując nieistniejący wszechpotencjał za jedynym oknem w Zzazasłonie, Kerandeta z zapałem fanatyka deprawował te zmienne fizyczne, które ostatnimi dniami popadały w nadmierną regularność.

– Zdajesz się lubić to zajęcie bardziej niż jakiekolwiek inne – zauważyłem.

– Czemu tak sądzisz? – zapytał po chwili, z czego wywnioskowałem, że jego praca pochłonęła całą jego doskonale podzielną uwagę.

– Bo masz perwersyjnie wyszczerzoną gębę, a cała twoja podzielna uwaga zatonęła w morzu rozkoszy jakiego zdajesz się doświadczać- trochę przekoloryzowałem to co widziałem, ale tylko trochę. Ta wypowiedź zmusiła go do przerwania pracy. Ręce, w których trzymał przeodwracalnik niecałkowicie współmierny do zamiarów oraz wspomniany już dyferencjator,

znieruchomiały.

– Może i coś w tym jest co mówisz, ale wiesz…, nie da się skutecznie deprawować bez nuty perwersji, natomiast moja uwaga monitoruje wszystkie inne kluczowe połączone zmienne, bo to delikatny proces i nie chcę, żeby ten wszechświat się rozleciał…, przynajmniej jeszcze nie teraz. Niemniej istotnie przyznaję, jest to dość przyjemne.- powiedział.

– Więc może skup się bardziej na zadaniu a nie na przyjemnościach co? – pouczyłem go z miną mędrca.

– Źle mnie zrozumiałeś. Im bardziej się skupiam na zadaniu tym bardziej przyjemne się to staje. Bez odpowiedniego skupienia taka deregulacja jest potwornie nudna i oczywiście mniej skuteczna. Przyjemność jest niezbędna do uzyskania odpowiedniego poziomu perwersji, który pozwoli deregulować z siłą wiarygodną dla duszy tego świata. Bez tego, po bliżej nieokreślonym czasie, wszystko zaczęłoby zawracać do stanu, który w danym hipotetycznym momencie w tej przyszłości, kojarzyłby się Duszy tego świata ze stanem pierwotnym – wyjaśnił Kerandeta.

– Mhm – odparłem trochę zbity z pantałyku- skoro tak to ujmujesz to może zamiast się czepiać rzeczy, których nie rozumiem, zajmę się czymś pożytecznym – odpowiedziałem pojednawczo.

– Było by miło – zakończył naszą rozmowę wracając do pracy. Ja także postanowiłem się zająć pracą. Pochyliłem swoje bluźniercze oblicze nad stołem operacyjnym, gdzie zajmowałem się jeżeli nie nieskończoną, to przynajmniej ze względu na swoją zmienną naturę, niepoliczoną liczbą snów, a w pewien pośredni sposób także i umysłów. Zacząłem się zastanawiać, czym zająć się najpierw. Nic nie było pilne, jako, że czas tolerowaliśmy tylko o tyle, o ile dało się go traktować umownie i dostosowywać do naszych potrzeb, niemniej wszystko było równie istotne. Od nowych idei prowadzących do zmiany porządków społecznych i ekonomicznych po echa kurzu opadającego w zapomnianej krypcie jakiegoś bezimiennego idioty, którego ród dawno już wygasł. Moje zamyślenie, tuż przed tym jak miało zaowocować jakąś konkluzją, przerwał mój niezastąpiony…, a z resztą to nie istotne jak czasem go nazywam, on i tak pozostaje sobą

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie- rzekł.

Nie mogłem się zdecydować jak zareagować na ten powrót do, jak mi się wtedy wydawało, niewygodnego dla mnie tematu. Czy mam być podirytowany, że nie dał się zbyć tym umiarkowanie sprytnym unikiem, czy może zignorować swoje i tak nie przekonywujące mnie emocje, i odpowiedzieć, godząc się z tym, że i tak by mnie o to prędzej czy później zapytał. Zamiast rozwiązywać ten dylemat, skupiłem się na odpowiedzi a dokładniej nad tym, od czego zacząć…

…wiatr wiał z północy, niosąc zimno i unosząc drobinki śniegu z zasp. Niósł także ze sobą wyczuwalne przez wrażliwszych echo zorzy polarnej, jej kolory rozsypane przez ten wicher, na tle ciemnego, rozgwieżdżonego nieba, dodawały mi otuchy. W tamtym momencie nie byłem pewien, czego się bałem, ale bałem się bardzo, tak bardzo, że nogi sztywniały a oddech przypominał mi o tym, że cokolwiek się stanie, będzie to bardzo rzeczywiste dla mojej percepcji i nie da się od tego uciec. Nie wierzyłem mu do końca, ale nie mogłem skupić na tym swojej uwagi. Coś miedzy skałami, tam gdzie zmierzałem, przyciągało całą moją uwagę. Zdawało mi się, że znajduje się tam jakaś ciemność, delikatnie rozrzedzająca się jak mgła. Ciemność, która pożera ten wiatr i temperaturę. Ciemność, która jest źródłem zimna i która oddycha, czyniąc ten przeszywający wiatr, który czułem już nawet w kościach. Ta ciemność sprawiała też, że moje myśli rozpływały się i zamarzały na śmierć, przez co nie do końca zdawałem sobie sprawę jak bardzo się boję. Jakże mógłbym opisać taki nieco ambiwalentny stan przerażenia i spokoju wynikającego z jakiejś martwej obojętności?

– Było zimno i było mi trudno – odpowiedziałem.

– Mhm – zachęcił mnie do kontynuacji…

…w końcu idąc tak w śniegu, popędzany tym przenikającym wiatrem, straciłem poczucie ciała i czułem się jak duch unoszący się nad zamarzniętą przestrzenią, otoczony kręgiem ciemności, sam zacząłem się rozpływać jak mgła na tym wietrze i pewnie byłbym się rozpłynął nie docierając do celu mej wędrówki, gdyby nie krople krwi na śniegu. Te słowa zdecydowanie nie oddają tego, co wtedy widziałem. Czerwień na śniegu, znak który był moim drogowskazem i śladem, który sam zostawiłem. Krew, znad której unosił się niewyczuwalny opar, ten jednak sprawił, że na powrót stałem się kształtem, a może bardziej czymś, do czego bardziej pasuje słowo płomień. Dookoła tego oparu wicher zaczął tworzyć wir, który, porywając esencję z tej krwi, zmienił się w czerwień. Wtedy się obudziłem i ruszyłem dalej. Czasem zaskakuje mnie jak łatwo zamarznąć kiedy jest naprawdę zimno.

– Było naprawdę zimno, trochę za zimno – dodałem.

– Mhm – skwitował Keraneta…

…i stał tam, między skałami. Niby ten sam co zawsze, łańcuchy te same, ta sama zakryta twarz, haki i chrzęst zardzewiałej stali. Oddech przypominający o tym jak bezpośrednim doświadczeniem może być, naprawdę silny ból. Coś jednak było inaczej. Nie on przykuwał moją uwagę. Tam wtedy był dla mnie tylko słowem, słowem, którego znaczenie zmienia życie, wyrywa serce i sprawdza jego czystość w Czarnym Ogniu. To znaczenie było wtedy dla mnie ważne, nie konwersacja, którą odbyliśmy…

– …pamiętasz mój problem prawda?

– Tak – odpowiedział tak spokojnie, że byłem pewien, że pamięta.

– Zdajesz sobie sprawę jak bardzo mnie to przeraża, prawda?

Odpowiedział mi takim samym -Tak.

– Mhm…, no to wiesz co mi powiedział?

Kerandeta nie odezwał się, tym razem trafnie identyfikując pytanie retoryczne.

– Powiedział: przyzwyczaj się – zakończyłem swoją relację.

Bez słowa obaj wróciliśmy do pracy. Nie, obaj obróciliśmy się do swojego biurka, ja jednak popadłem w jakiś dziwny stan zadumy. Był on dla mnie dziwny, ponieważ rzadko zdarza mi się nad czymś naprawdę zadumać w Zzazasłonie. Zzazasłona była zawsze dla mnie miejscem poza sferą skwadracioławego umysłu. Miejscem pomiędzy, z którego mogę pracować w spokoju i skupieniu. Miejscem zamkniętym dla wszystkiego co pochodziło z wewnątrz. Zamkniętym bo tak zdecydowaliśmy. Stan zadumy jednak mi się przydarzył na tyle mocno, że zanim to zauważyłem, zdążyłem zapaść się znów w moje przerażenie i przyzwyczaić się do niego na tyle, że zobaczyłem w nim po raz pierwszy twarz Niepoznanego, tego Niepoznanego, którego można rozpoznać w przerażeniu tego typu. Po tym krótkim olśnieniu, zauważyłem to o czym wspomniałem wcześniej.

– Coś jest nie tak – powiedziałem, trochę bardziej do siebie, zastanawiając nad tym jak

to ująć. Tym razem Kerandeta, również nie zareagował, czekając, aż będę kontynuował swoją myśl, tak jak w przypadku mojego niedawnego pytania retorycznego. Zaowocowało to przelotnym odczuciem pozytywnego zaskoczenia.- Właśnie miałem myśl z wewnątrz. Musieliśmy jakoś otworzyć Zzazasłonę, nie wiesz może kiedy to się stało?- Mówiąc to, rozglądałem się po naszym warsztacie i wtedy zaczęło do mnie docierać więcej szczegółów. – Co to ma być?! – wykrzyknąłem zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek. – Od kiedy my właściwie mamy tutaj kanapę? A to okno? OK., ono zawsze tu było, ale czemu teraz ma szkło, zawiasy, ramę i te wszystkie inne duperele? Spojrzeliśmy sobie w oczy. – Twój eksperyment! – wykrzyknąłem dokładnie wtedy kiedy on krzyknął – mój eksperyment! – Tym razem ja zaczekałem.

– Czyli on faktycznie tutaj trafił! Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Zastanawia mnie tylko ta kanapa. Okno rozumiem, prowadzi na zewnątrz więc na pewno się na nie patrzył i przyzwyczajenia jego umysłu jakoś musiały je ukształtować. – Zaczął analizować rezultaty swojego projektu. – Smuci mnie tylko, że teraz jest ono zamknięte, w sumie nie było tam wcześniej ani ramy, ani zawiasów ani szkła…, dobrze, że chociaż jest tam szkło…, no wiesz o co mi chodzi, coś przezroczystego – wypowiedział właściwie moje myśli na ten temat.

– Ale co do sześciuset sześćdziesięciu sześciu milionów, trzysta trzydziestu trzech tysięcy, siedmiuset czterdziestu siedmiu świstających Dunderów robi tu ta kanapa?! – zadał być może i retoryczne pytanie, ale ja postanowiłem nie czekać tym razem, co zaowocowało tym, że jednocześnie powiedzieliśmy- zasiedział się – i drugi raz, podczas naszej wspólnej pracy z tym światem, wybuchliśmy śmiechem, a może pierwszy?

– No to chyba czas tu posprzątać- powiedziałem, idąc w kierunku okna.

– Ale zaczekaj, przecież wiesz co to spowoduje? – zapytał, a jakaś dziwna i w jakiś sposób obca determinacja w jego głosie, kazała mi się zatrzymać i potraktować jego pytanie poważniej.

– Tak wiem. Proroka, którego tu zaprosiłeś rozerwą na strzępy i udekorują jego wnętrznościami miejsca, które uznają za wyjątkowo podłe. W efekcie kruki, wiatr i robactwo tego świata zaniosą je do czterech filarów stworzenia, gdzie i tak powinny trafić w taki albo inny sposób. Jego wierni oszaleją tak bardzo, że niektórzy zapadną się w głąb własnego umysłu i staną się niektórymi z tych kruków a jeden lub dwóch, może nawet robakami. Pisma rozsypią się w pył w rękach profanów i nikt z żyjących nie dowie się już nic prawdziwego o rzeczywistości, o tym czym jest naprawdę. – powiedziałem lekko znudzony.

– No właśnie, może powinniśmy dać im trochę więcej czasu? – Popatrzył mi w oczy, ale ja wtedy patrzyłem na kanapę, która stała gdzieś pod ścianą między jego a moim biurkiem. Jego wzrok podążył za moim i wtedy po raz trzeci tego wieczoru wypowiedzieliśmy się jednocześnie

– nie. – Otworzyłem okno.

Nastała ciemność.

Zzazasłona przestała istnieć.

Imię Kerandeta rozpadło się w pył, który poniżej zmienił się w zorzę polarną.

Moja maska rozpadła się na odłamki ciemności, które rozpuściły się w ciemności kosmicznej.

W świecie poniżej więcej istot niż zwykle płakało z tęsknoty, która doprowadziła ich na granicę wytrzymałości…, a niektórych nawet dalej.

Coś poniżej bezpowrotnie umarło.

Zzazasłona ponownie zaistniała – umownie.

Kerandeta zaczął manifestować się znów.

Kiedy ujrzał przed sobą maskę, esencja skupiła się w jej pustych oczodołach i znów zacząłem istnieć – umownie.

– W ten sposób przypieczętowany został los tego świata – powiedziałem. – Gratuluję eksperymentu.

– Nie takiego rezultatu się spodziewałem – odpowiedział nieco zaskoczony.

– Przynajmniej teraz wiesz jak bardzo możesz wpłynąć na losy świata, angażując się w jakąś rzeczywistość. – Zakończyłem naszą rozmowę i teraz obaj wróciliśmy do pracy.

Dodaj komentarz

Allowed Tags <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

5 odwiedzających teraz
0 gości, 5 bots, 0 członków
Cały czas: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am
Najwięcej dzisiaj: 5 o godz. 05:41 am
Ten miesiąc: 31 o godz. 12-04-2018 12:51 pm
Ten rok: 65 o godz. 02-07-2018 01:21 am