Estetyczny Radykalny Ruch Oporu Symbolistycznego

Inspiracje | Forum ErroS

A A A

— Forum Scope —








Start typing a member's name above and it will auto-complete

— Match —





— Forum Options —





Min search length: 3 characters / Max search length: 84 characters

Lost password?
cmaciemna
Wierzenia Ludowe
RSS
Topic Rating: 0 (0 votes) 
Avatar
Sigil of Scream
Geniusz
597 Posts
(Offline)
1
3 sierpnia 2019 - 18:41
0

Hej!
Opowieści i wierzenia ludowe zawsze stanowiły dla mnie ogromną inspirację w pracy twórczej. Poza tym uważam, że należy znać historię i mity swojej ziemi.

Przeszukując ostatnio literaturę, natknąłem się na ciekawe wierzenia dotyczące praktyk funeralnych i zaświatów:

Na naszych terenach spotykają się w ludowych zwyczajach pogrzebowych dwie odmienne tradycje: na zachodzie i w środku kraju zmarłych chowano w butach, a im bardziej na wschód - w płóciennych skarpetach lub boso. Według starych mitów, zapisanych na niemieckiej wsi, zmar­ły potrzebuje butów, by wdrapać się w zaświatach na stromą górę lub przejść przez most na granicznej, podziemnej rzece. Natomiast na wsi białoruskiej słyszano, że zmarłego grzebie się boso, aby zniechęcić go do chodzenia po śmierci (Fischer 1921, s. 110-111). Odwrotność zna­czeń symbolicznych jest czymś naturalnym w tradycjach ludowych i sygnalizuje, iż dotykamy jakiegoś głębiej zakorzenionego w czasie, istotnego motywu wierzeniowego.

A także informację o tym, iż upiorem mogła zostać osoba, która nie była pochowana w całości - a więc brakowało jej obciętych paznokci, albo zębów. jest to ciekawe, bo nie słyszałem wcześniej o tym wierzeniu:

To jest akurat motyw dość rzadki, ale też niezwykle archaiczny. Rytualny warunek fizycz­nej całkowitości człowieka w chwili, gdy ma rozpocząć wędrowanie w zaświaty najwyraźniej odbija się w zwyczajach dotyczących obciętych paznokci. W różnych miejscach środkowo--wschodniej Europy, jeszcze w XIX wieku, chłopi nie wyrzucali obciętych paznokci tylko zbierali je w woreczku, który nosili przy sobie, schowany za pazuchą. Taki woreczek ze zbieranymi całe życie paznokciami wkładano potem zmarłemu do trumny. Zamiast zbierać paznokcie można było spalić je zaraz po obcięciu - ogień wszak błyskawicznie przenosi cokolwiek z „tego" do „tamtego" świata (ale znany był też zakaz palenia paznokci i włosów). Paznokcie miały być potrzebne zmar­łemu do wspięcia się na „wielką" albo „szklaną" górę, czyli do wdrapania się na szczyt góry kosmicznej (Fischer 1921, s. 179-183). Ale nie jest to jeszcze całe wyjaśnienie. Szczęśliwie oca­lały okruchy starych mitów, adaptowanych do chrześcijańskich wyobrażeń o raju i grzechu pier­worodnym, wedle których pierwsi ludzie (Adam i Ewa) mieli sierść i kopyta lub rogową skórę. Wygnanie z raju i utrata nieśmiertelności równała się utracie ich zwierzęcego wyglądu i tym samym całkowitemu „uczłowieczeniu" (Tomicki 1976, s. 67). Troska o zachowanie paznokci, aż do chwili śmierci i rozpoczęcia wędrowania w zaświaty, wynikałaby więc z lęku przed utratą tej pierwotnej całkowitości w zaświatach. „A gdzie twoje paznokcie za tyle lat?" lub wręcz „gdzie twoja rogowa skóra?" zapyta Bóg zmarłego w zaświatach. Ci, którzy nie zachowali ostrożności i zgubili swoje obcięte paznokcie musieli po śmierci je odnaleźć (Fischer 1921, s. 182).

Wszystkie te informacje pochodzą z pracy Jarosława Kolczyńskiegi: Jeszcze raz o upiorze i strzygoni. Polecam tę nad wyraz interesującą lekturę!

Zstąpiłem w dół, na Pola Strachu, by rozsiać tutaj swoją ciemność...

Avatar
Mau


Badacz
36 Posts
(Offline)
2
4 sierpnia 2019 - 17:46
0

Szukając informacji związanych z wierzeniami ludowymi w mojej okolicy natknęłam się na ciekawe pradawne miejsce kultu, o którym wcześniej nie wiedziałam:

"Wiele miejsc kultu chrześcijańskiego ma pogańską tradycję. Jednym z nich jest uroczysko Joście nad Świdrem, pod wsią Głupianka. Na leżącym tu ogromnym głazie już w czasach przedchrześcijańskich składano ofiary w czasie wiosennego zrównania dnia z nocą. Tradycja ta utrzymała się do czasów współczesnych. Kościół, nie mogąc jej zwalczyć, włączył ją do kalendarza świąt chrześcijańskich, a koło kamienia ustawiono krzyż i kapliczkę. Od wieków w Niedzielę Wielkanocną ludzie składali tu ofiary, które najstarszy mieszkaniec Głupianki rozdzielał między ubogich. Obrzęd interpretowany był jako akt chrześcijańskiego miłosierdzia wobec ludzi potrzebujących pomocy. Składanie ofiar nie ustało nawet po 1906 r., kiedy to głaz został rozbity na polecenie proboszcza z Kołbieli. Tradycja ta żywa była jeszcze w latach 70. XX w., a do dzisiaj w Wielkanoc odprawiana jest tutaj msza święta."

http://www.polskaniezwykla.pl/.....kultu.html

"Jeszcze 30-40 lat temu ze wsi szła procesja ze śpiewami religijnymi; prowadziła ją przodownica chóru, za nią szły kobiety, potem mężczyźni i na końcu młodzież. Uczestnicy zgromadzenia kiedyś sami przez prawie godzinę modlili się i śpiewali pieśni religijne przy kapliczce. Od połowy lat 70. jest to już nabożeństwo odprawiane przez księdza. Po każdej takiej uroczystości, po południu odbywała się we wsi zabawa taneczna.

Przy pierwszym zetknięciu wydaje się, że jest to obrzęd związany wyłącznie z kalendarzem i liturgią kościoła rzymskokatolickiego. W rzeczywistości mamy tu do czynienia z obrzędem, którego rodowód ma bardzo odległe, przedchrześcijańskie korzenie. Jeszcze sto lat temu w tym miejscu stał ogromny głaz narzutowy o obwodzie ok. 10 metrów z widocznymi na jego powierzchni miskowatymi, eliptycznymi zagłębieniami. Miejscowa ludność mówi, że były to ,,ślady kolan, łokci i brody Pana Jezusa" oraz opowiada o nim wiele innych podań i legend. Zagłębienia te świadczą, że kamień używany był w dawnych czasach jako ołtarz ofiarny, przy którym odbywał się jakiś pogański obrzęd. Kamień został zniszczony na początku XX w., a na jego miejscu wybudowano w 1949 r. dzisiejszą kapliczkę z ludową figurką św. Anny, która ma ponoć moc uzdrawiania, gdy chore miejsce ,,okrzesa" się ręką figurki.

Obecnie obchodzone ,,Joście" jest zaadaptowanym przez Kościół dawnym, przedchrześcijańskim, wiosennym obrzędem zadusznym. Obrzęd ten nazywany czasami ,,dziadami" (literacko opisany przez Adama Mickiewicza w ,,Dziadach" cz. II), znany był na całej Słowiańszczyźnie i połączony z wystawianiem jadła dla dusz zmarłych przodków (dziadów), a także z paleniem ogni mających ogrzać zmarłe dusze. Odprawiane do dziś ,,Joście" świadczą o tym, że chrzest Mieszka I nie spowodował automatycznego zaniku kultów pogańskich, zwłaszcza wśród ludności mieszkającej na uboczu."

https://iotwock.info/artykul/poganskie-uroczysko/199573

Natknęłam się również na ciekawą legendę dot. Uroczyska Czarci Dół:

"Wąwóz leśny na pd. skraju północnego pasma Lasów Osieckich, ok. 3 km na płn.-zach. od Osiecka. Otoczony wydmami „nadbudowującymi” krawędź tarasu erozyjnego. Na dnie znajduje się niewielkie mokradło, pozostałość po strumieniu. Na krawędzi Czarciego Dołu do lat 70. znajdowała się leśniczówka o tej samej nazwie. W 1919 r. dokonano tu sensacyjnego odkrycia. Otóż natknięto się tu na cmentarzysko z czasów rzymskich. Były to kręgi grobów jamowych oznaczonych na powierzchni głazami. Nie zachowało się do naszych czasów na skutek wybierania kamieni dla celów budowlanych.

Z cmentarzyskiem związana jest legenda. Czart przybył zabrać duszę jednego z mieszkańców – frant nie lada – utargował z wysłannikiem piekieł, że odda mu swą duszę, jeśli przed świtem zniesie wszystkie potrzebne kamienie na budowę kościoła w Osiecku. Wyrwał stąd tyle kamieni, aż powstał wąwóz. Ale kur zapiał i diabeł upuścił kamienie na wydmie Bratosówiec. Dlatego miejsce to bywa nazywane „Czarcimi Kościołami”. Jeden z kamieni można zobaczyć przed kościołem w Osiecku – odciśnięte są w nim ślady diablich pazurów."

Poniżej zamieszczam informacje, które znalazłam o wierzeniach ludowych na Mazowszu z książki:

Ambrożewicz T., "O świętowaniu na Mazowszu", Warszawa 2001

"Zmiany pór roku rzutowały na prace wykonywane w obrębie zagrody i na polu. Pory roku nie pozostawały też bez wpływu na różnego rodzaju zabiegi magiczne, wierzenia i obyczaje, które wyrastały niekiedy z dawnych tradycji sięgających jeszcze czasów przedchrześcijańskich. Bezpośredni kontakt z naturą i zależność od jej „kaprysów” sprawiały, że nasi przodkowie w sposób szczególny odczuwali związek z otaczającym ich światem. Spróbujemy przybliżyć Państwu niektóre zwyczaje i wierzenia wpisane w cykl czterech pór roku.

Wiosna jest czasem budzącej się po zimowym letargu przyrody. Wyższa temperatura, topniejący śnieg, powroty ptaków sprawiają wrażenie odradzania się życia. W taki właśnie sposób odbierali zmiany w pogodzie nasi przodkowie. Mieszkańcy mazowieckich wsi, tak jak i winnych regionach Polski, przygotowywali się do nowego etapu. Wiele wierzeń i czynności związanych z tym okresem odnosi się bezpośrednio do wiary w odnawianie się świata po czasie zimowej stagnacji. Gospodynie sprzątały wnętrza chałup. Była to czynność nie tylko praktyczna, ale również w pewien sposób magiczna. Wierzono, że wraz ze śmieciami wymiata się z domu „złe”, które mogło się w nim zalęgnąć podczas zimy. Śmieci takowe wyrzucano za obręb zagrody – „za granicę”, którą mogła być droga, rów, miedza, jak również płot oddzielający od posesji sąsiada. Malowano także chałupy, a dokładnie bielono je wapnem. W pewien sposób odnawianie domu symbolizowało odradzanie się świata i konstytuowanie nowego porządku. Tego typu zachowania wpisywały się w ciąg zabiegów mających odpędzić zimę i śmierć, takich jak chociażby słynne palenie – topienie Marzanny, czy pozbywanie się tzw. śmiercichy. W prosty sposób w kulturze tradycyjnej kojarzono okres zimy, czas w którym ziemia niczego nie rodzi i przykryta jest całunem śniegu, ze śmiercią. Zwróćmy uwagę w jak doskonale Wielkanoc – to wiosenne święto, wpisuje się w pierwotną symbolikę pór roku. Zmartwychwstanie Chrystusa w szerszy sposób symbolizuje odrodzenie świata – pokonanie śmierci.

Wiosna to również czas pierwszego wypasu bydła. Wierzono, że bydło należy przy pierwszym wypędzeniu z obory uderzyć poświęconą palmą wielkanocną. Dzięki temu zwierzęta miały być chronione od chorób i nieszczęść. Wielkanocne palmy, które na Mazowszu Płockim miały formę skromnego bukieciku składającego się z baź, liści widłaku, kwiatów wykonanych z bibuły, pełniły też ważną funkcję w zwyczajach i wierzeniach ludowych. Po powrocie z kościoła dawano dzieciom do zjedzenia tzw. kotki z bazi, które miały uchronić najmłodszych przed chorobami gardła. Gospodarze natomiast umieszczali palemki w domu za obrazami świętymi, niekiedy przybijano je do drzwi lub zatykano za belki stropowe w stodole, lub innym budynku gospodarczym. Czyniono tak wierząc w ich zbawczą moc. Jednym słowem, miały one chronić domowników przed złymi zdarzeniami (chociażby pożarem), jak również przed istotami demonicznymi, w istnienie których wierzono. Obok Wielkanocy, o której można przeczytać w innym artykule, ważnymi świętami wiosennymi, które zawierają symbolikę odradzani się świata i przyrody są Zielone Świątki (święto Zesłania Duch Świętego) i Boże Ciało. W dawnych czasach na Zielone Świątki majono, czyli przystrajano na Mazowszu chałupy. Szczególne rolę w tym dniu pełniły gałązki brzozowe i tatarak. Gałązkami przystrajano płoty, odrzwia, a nawet wnętrza chałup. Natomiast pociętym tatarakiem wysypywano podłogi, a także ścieżki prowadzące do domu. Izby dzięki temu pachniały świeżością. Jest to kolejne święto, w którym ważną rolę odgrywa symbolika rozkwitających gałązek i zieleni roślin. Podobnie jak w palmach wielkanocnych przypominały one o odradzającej się przyrodzie i ożywaniu roślinności. Co ciekawe pięknie pachnący tatarak według dawnych wierzeń posiadał właściwości antydemoniczne i miał chronić dom przed zakusami chociażby czarownic. W Boże Ciało również przystrajano obejścia zagród i płoty przydrożne zielonymi gałązkami – najczęściej brzozowymi. Po przejściu procesji z Przenajświętszym Sakramentem obrywano gałązki i zabierano je do domu wierząc w ich niesamowitą moc odpędzania złych sił.

Kolejnym ważnym momentem w życiu i wierzeniach dawnych mieszkańców mazowieckiej wsi była noc świętojańska przypadająca w okresie letniego przesilenia słońca. W tę niesamowitą noc można było odnaleźć kwiat paproci i zdobyć wielkie bogactwa. Panny puszczając wianki na wodzie wróżyły o zamążpójściu. Skoki przez ogniska mogły symbolizować witalność osób biorących w nich udział. Ta najkrótsza w roku noc pełna była czarów i niesamowitości. Dlatego też wielu mieszkańców wsi podczas jej trwania starało się chronić przed czarownicami, których moc w tym czasie wzrastała w szczególny sposób. Z tego względu jeszcze na początku XX wieku mieszkańcy okolic płocka układali na strzechach tuz nad wejściem do domu krzyż z gałęzi czarnego bzu. Wierzono, iż intensywny zapach, wydzielany przez tę roślinę (podobnie jak w wypadku wspomnianego tataraku) odstraszy szalejące czarownice. Od św. Jana można już było kąpać się w rzekach, stawach, jeziorach, ponieważ, jak twierdzono – woda przekwitła i już nie zaszkodzi człowiekowi.

Lato to przede wszystkim ciężki okres żniw, które jak łatwo się domyślić odbywały się inaczej niż dzisiaj. Znaczny wpływ na ich formę miały przedmioty, których używano w polu. Póki żęto sierpami można było śpiewać, a śpiew nadawał rytm żniwnym zajęciom. Wspomina o tym w jednej ze swych prac Stanisław Dworakowski. Tempo prac uległo zmianie z chwilą zastąpienia sierpów kosami, a tym samym w zapomnienie odeszły dawne pieśni kosiarzy. Nie zaginęły jednak tak szybko różnorodne wierzenia i zachowania mające na celu ochronić zbiory, jak i samych żniwiarzy. Żniwa rozpoczynano tzw. zażynkiem. Podczas którego modlono się o dobrą i bezpieczną pracę, obfitość zbiorów, ścinano pierwszą przygarść zboża i układano ją na krzyż. W tym dniu bardzo często organizowano dla żniwiarzy poczęstunek. Bardzo istotny był dzień rozpoczęcia prac i musiała to być środa, albo sobota, czyli dni poświęcone Matce Boskiej. Kiedy gospodarze schodzili z pola przed zapadnięciem zmroku ostatnie przygarście zboża układano na krzyż, aby diabeł nie rozrzucił zboża poukładanego w stygi. Na zmęczonych pracą czekały też inne niebezpieczeństwa i to w samo południe. Otóż odpoczywający po ciężkiej pracy żeńcy byli narażeni na kontakt z południcą lub przypołudnicą. Ta niezmiernie niesympatyczna postać według dawnych wierzeń krążyła w samo południe po polach, niosła swą głowę pod pachą i odbierała życie tym, którzy zasnęli na miedzy. Kiedy kończono sprzęt zboża przygotowywano przepiórkę, czyli niezżętą garść kłosów związanych wiechciem słomy. Związane źdźbła tworzyły daszek, pod którym niekiedy chowano płaski kamień i kamyszki, a na kamieniu rozsypywano okruszyny chleba. Kamień miał symbolizować stół. Był to zwyczaj dawny i znany praktycznie w całej Polsce. Być może była to jakaś forma daru składanego duchom. Trudno jednoznacznie na to odpowiedzieć… Częstokroć przepiórkę „oborywano” postatnicą, czyli wiodącą prym żniwiarką. Chwytano ją za nogi i przeciągano wokół przepiórki. To niejednoznaczne zachowanie możemy odczytywać jako próbę „wymuszenia” na ziemi urodzajności. Kolejnym etapem były dożynki, czyli zamknięcie prac żniwnych. Również na Mazowszu organizowane pochody dożynkowe. Na ich czele, z wieńcem założonym jak korona, kroczyła jedna ze żniwiarek (najczęściej wspomniana już postatnica). Jeśli były to włości należące do dziedzica to podchodzono pod dwór. Tam dochodziło do symbolicznego oblania wodą postatnicy, aby w przyszłym roku zbiory były udane. Wszystko kończyła uroczysta uczta. Wieniec zawieszano pod gankiem. Z niego wykruszano ziarna, których używano do pierwszego zasiewu oziminy.

Okres po zakończeniu wszystkich prac polowych przypadał jesienią. Coraz krótsze dni, zimne noce i poranki stwarzały odpowiednią aurę do spędzania czasu w domu i snucia opowieści. Był to również czas kiedy dusze zmarłych przybywały na ziemski padół – okres świąt zadusznych w doskonały sposób wpisujących się w otaczającą aurę. W kulturze tradycyjnej święta zaduszne obchodzono częściej niż obecnie. Były to dni, podczas których, jak wierzono zmarli odwiedzają żywych i grzeją się w cieple domowego ogniska. Charakterystycznym elementem tych dni były grupy dziadów – wędrownych żebraków, którzy tłoczyli się przy bramach cmentarnych z nadzieją na datek. W zamian byli zobowiązani do odmawiania modlitw w intencji dusz zmarłych. Wierzono też, co poświadczają ludowe opowieści, że taki obdarowany żebrak może być jednym ze Świętych lub samym Panem Jezusem. Pod koniec listopada przypadały wieczory, podczas których wróżono, były to tzw. katarzynki i andrzejki, czyli wigilie Św. Andrzeja i Św. Katarzyny. Wróżby dotyczyły przede wszystkim kwestii ożenku i zamążpójścia. Co ciekawe jeszcze w XIX wieku najczęściej były to wróżby wykonywane w samotności, w pojedynkę i przywiązywano do nich wielką wagę. Dopiero w późniejszym okresie nabrały one bardziej rozrywkowej formy. Również w tych zwyczajach odnajdujemy pogłosy świąt zaduszkowych, dlatego że to właśnie zmarli mieli odpowiadać na pytania stawiane przez zainteresowanych.

Przejście z okresu jesiennego w zimowy to również czas Adwentu i świąt Bożego Narodzenia. Czas skupienia i oczekiwania przepełniony jest symboliką światła wystarczy w tym miejscu wspomnieć pochodnie, jak również lampiony tak charakterystyczne dla rorat. Światło było nawiązaniem nie tylko do Jezusa Chrystusa (światłości świata), ale również znakiem nadchodzących zmian w przyrodzie – coraz dłuższych dni i odrodzenia świata. Święta Bożego Narodzenia zwane dawniej Godami to czas o szczególnym wymiarze symbolicznym z bogactwem zwyczajów i obrzędów. Niektóre z nich być może wywodziły się z tradycji przedchrześcijańskich. O zwyczajach i tradycjach bożonarodzeniowych można przeczytać w innym artykule umieszczonym na tym portalu. Bardzo istotny był czas od Świąt do Święta Trzech Króli. Nasi przodkowie każdy z dwunastu dni przypisywali konkretnemu miesiącowi w roku. W zależności od pogody jaka była w tym dniu wróżono pogodę na odpowiedni miesiąc. W zimowym kalendarzu nie mogło zabraknąć Sylwestra, który był przede wszystkim czasem wróżb. Podobnie jak w andrzejki i katarzynki w ten szczególny wieczór wróżono przyszłość matrymonialną. Młode dziewczęta biegały na strychu wokół komina, w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara wierząc, że przy trzecim okrążeniu ujrzą twarz swego przyszłego męża. Po zmroku nasłuchiwano też ujadania psów, gdyż przyszły narzeczony miał mieszkać w tej części wsi, z której dobiegało szczekanie. Jeszcze w XIX wieku w Nowy Rok na Mazowszu obdarowywano się upominkami zwanymi „kolędą”, składano też (tak jak i dziś) życzenia. Również w święto Trzech Króli rozdawano upominki. W zasadzie to święto zamykało okres obdarowywania się. Po wsiach mazowieckich chodzili młodzi chłopcy zwani szczodrakami, których częstowano specjalnymi bułeczkami. Na okres zimowy przypadają też zapusty i związane z nimi ostatkowe zabawy – ostatki, podczas których na dawnej mazowieckiej wsi pojawiały się grupy przebierańców. Postaci odgrywane przez wiejskich aktorów to najczęściej różnego rodzaju dziady, Cyganie, Żydzi, ale też diabły, wielkoludy i różnej maści odmieńcy. Szczególnie ostatnie z wymienionych postaci sugerują, iż mamy do czynienia z istotami nie z tego świata. Treści scenek odgrywanych przez przebierańców wiązały się zarówno z rodzajem czasu w jakim się odbywały, tzn. przedwiośniem, jak i z obowiązującymi nakazami społecznymi czyli końcem zabaw karnawałowych. O północy we wtorek, poprzedzający Środę Popielcową milkła muzyka i wszyscy rozchodzili się do domów. Jeżeli ktoś zapomniał się w tańcu i hulankach i pomimo wybicia dwunastej bawił się dalej, tego czart mógł porwać do piekła."

Pozdrawiam!

Avatar
Rivers of Hel


Myśliciel
135 Posts
(Offline)
3
4 sierpnia 2019 - 18:11
0

Natknęłam się na ciekawą legendę związaną z Wrocławiem, a mianowicie o Smoczym Lesie, jak jest nazywany Las Strachociński, który leży we wschodniej części tego pięknego miasta.
Wg. tej opowieści w owym lesie grasował ogormny smok, wielkością porównywalny z Wawelkiem, był większy od drzew w lesie. Dawno temu (choć mówią, że nieliczny wciąż wiedzą gdzie ono jest) płynęlo tam także źródełko, które obdarzało ogromną siłą. Zawitał do tego boru raz młodzieniec o imieniu Konrad (Konrad z języka niemieckiego oznacza mniej więcej odważny, śmiały w udzielaniu rad innym). Od mieszkańców okolicznych wsi dowiedział się o smoku i postanowił się z nim zmierzyć. Długo wędrując natknął się na małe leśne źródełko, które okazło się tym cudownym żródłem. Po ugaszeniu pragnienia chciał ruszyć dalej, ale nagle poczuł przypływ ogromnej energii i nadldzkiej siły, a z chaszczy wyłonił się wspomniana bestia. Walczyli długo, a ich siły były wyrównane, ale w końcu młodzieniec pokonał smoka, który uciekł w głąb kniei. Odtąd smok już nie zapuszczał się w kierounku siedzib ludzkich, tylko siedział w głębi lasu żywiąc się tym co upolował, oraz leśnym runem. Pewnego razu go to zgubiło, bo najadł się trujących grzybów i umarł, a Konrada ogłoszono oczywiście bohaterem.

https://www.accorhotels.com/pl/polska/magazine/one-hour-one-day-one-week/legendy-wroclawskie-ktore-przyprawia-cie-o-dreszcze-55f34.shtml

Avatar
Voodoochild


Myśliciel
138 Posts
(Offline)
4
4 sierpnia 2019 - 20:16
0

Nie może tu zabraknąć czegoś o Zielonej Górze:

Smocze Łzy Legendy Zielonogórskie, Jarosław i Radosław Skorulscy – zbiór 8 legend z okolic Zielonej Góry, legenda o Smoczych Łzach

Na ziemi żyły dwa rodzaje smoków: z rodu Gedhora, z którego wywodził się Smok Wawelski i rodu Sollusa, pradawnego smoka łagodnego i mądrego. Smoki z rodu Sollusa w przeciwieństwie do tych pierwszych, nie pożerały ani ludzi ani zwierząt, żywiły się roślinami i wybierały do życia tereny odludne i żyzne, gdzie było dużo łąk. Swoim bytowaniem sprawiały więcej pożytku niż szkód pozostawiając po sobie bujne łąki sprzyjające hodowli koni i krów. Dawne porzekadło mówiło „Gdy ziemię masz człeku po smoku, głodu nie zaznasz w całym roku”. W tamtych czasach po ziemi snuli się też pogromcy smoków, którzy przysięgali że do ostatku sił będą oswabadzać ludzi od smoków z rodu Gedhora. Największym trofeum po zabiciu smoka były dla nich trzy niewielkie pióra które każdy smok nosił na tyle głowy. Przyczepiali je do swych peleryn
by ludzie czuli przed nimi respekt. Najsłynniejsi mieli całe peleryny nimi pokryte. Pióra miały właściwość ochrony przed deszczem, słońcem, wiatrem i mrozem. Latem pokrywały sę chłodną rosą, zimą, tlił się w nich żar. Oba rody smoków posiadały pióra w tym samym miejscu. Odróżnienie ich od siebie było trudne bo różnił je jedynie kolor oczu i charakter. Smoki z rodu Gedhora miały kolor oczu czerwony a te z z rodu Sollusa – zielone.
Najsłyniejszym i najwaleczniejszym pogromcom smoków był znany w całej Skandynawii i Germanii Rumpold. Odznaczał się męstwem ale też okrucieństwem zarówno w stosunku do smoków jak i ludzi. Liczyły się dla niego jedynie smocze pióra oraz biesiady w karczmach. Kiedy gościńcami Łużyc i śŚąska zaczęła krążyć wieść, że Rumpold szuka smoków w tej okolicy co przezorniejsi karczmarze pozamykali swe gospody w obawie przed krwawymi jatkami z udziałem tego pogromcy smoków.

W tym samym czasie na szerokich łąkach wzdłuż rzeki Odry przy wsiach Zawada i Krępa od lat widywano smoczycę, która pasła się wieczorami. Było to powodem do dumy dla okolicznych mieszkańców a jednocześnie dawało im poczucie bezpieczeństwa. Smoczyca z rodu Sollusa była postrachem dla złych smoków, ale także wilków i niedźwiedzi, które nie odważyły się zaglądać w te okolice. Nawet imię jej ludzie nadali od księżyca w blasku którego ją widywali. Dla mieszkańców okolic Zielonej góry była to po prostu Luna. Ukazywała się z rzadka, bo też smoki kontaktu z ludźmi nie szukały. Sielanka jednak się skończyła, gdy wilcza wataha napadła na pasące się nad Odrą stado krów. Blady strach padł na mieszkańców Krępy i Zawady, bo wilków od pokoleń już w tych lasach nie widywano. Jedni mówili że smok się przeniósł, inni, że pewnie wilki smoków się już nie boją. Ale wówczas wieśniacy zaczęli kojarzy ć fakty. A to że ktoś z Krosna widział, jak nocą coś wielkiego płynęło Odrą, a to, że Rumpolld w karczmie pod Kożuchowem chwalił się kolejnymi smoczymi piórami. Wszystko stało się jasne. Podstępny pogromca pod osłoną nocy zabił dobrą smoczycę nad rzeką, tak by jej ciało zabrała woda i śladów nie było po jego okrutnym czynie.

Niedługo po tych wydarzeniach Karol, syn winogrodnika z Zielonej Góry, wybrał się konno na ryby, by w nurtach rzeki zapolować na suma. Kiedy przechodził przez Dąbrowę Starorzecza, natknął się na niezwykłe miejsce. Na niewielkiej łące otoczonej starymi dębami, tuż przy korycie odry, stała szeroka na kilka metrów konstrukcja z trzcin, gałęzi i trawy. Karol przedarł się przez krzewy i zaciekawiony zbliżył się do niej. Kiedy spojrzał do jej wnętrza wszystko stało się jasne. Po środku, na miękkim, trawiastym posłaniu leżało wielkie, czarne i połyskujące w słońcu jajo. Chłopak stanął jak wryty i wyszeptał tylko: „ Gniazdo Luny”. Czym prędzej wziął wór, który miał przy sobie, i z wielkim mozołem zapakował do niego jajo. Potem zawiązał worek powrozem i przytroczył go do końskiego siodła. Pod wieczór wrócił do domu i swoje znalezisko pokazał rodzicom.

- Karol, synu, coś ty zrobił! - Wykrzyknęła matka widząc jak syn rozchyla brzegi worka – nieszczęście na nas ściągniesz – powtórował jej ojciec. - Smoczyca będzie szukać jaja i w rozpaczy swojej może zniszczyć cały gród! - mówiła matka zakrywając sobie usta z przerażenia.
- matko to jest jajo Luny, którą zabił Rumpdolp – starał się tłumaczyć Karol.
- a jeśli to nie jajo Luny tylko innego smoka, ze złego rodu Geddhora, to będzie po nas. Musisz je szybko odwieźć na miejsce i nie mów nikomu, bo nas na banicję skażą. - stanowczo rozkazał ojciec. Zasmucony Karol wyszedł z domu, ale nie pojechał nad Odrę. W starej szopie za murami miasta złożył jajo na sianie, przykrył je kożuchem i każdego dnia sprawdzał czy jest na miejscu. Głaskał je, wierząc, że pod błyszczącą czarną skorupą tli się smocze życie. Któregoś wieczoru, siedząc przy blasku świecy już miał opuszczać szopę, kiedy nagle rozległ się dźwięk, jakby stłukł się wielki gliniany dzban. Na gładkiej skorupie pojawiły się rysy coraz większe i większe. Karol struchlał i zbliżył lichtarz z wątłym promieniem świecy do pękającego jaja. Po chwili z niewielkiego otworu wyłonił się wilgotny pyszczek pokrytej łuską szyi. Zmarszczonym nosem zasysał powietrze jakby chciał rozpoznać pierwsze w życiu zapachy. Zbliżając się do głowy Karola, smok podniósł powieki. Pod nimi ukazały się wielkie oczy w kolorze głębokiej zieleni. Były tak piękne, że wszystkie szmaragdy świata nie mogły im dorównać. Karol odetchnął z ulgą i powiedział: wiedziałem że jesteś dzieckiem Luny.

Mały stwór, ciekawy świata. Wygramolił się nieporadnie ze skorupy i przytulił do Karola. Chłopak czuł jak bije smocze serce. Wstał z siana, wziął smoka na ręce i powrócił do grodu. Stanął w progu domu i powiedział:
- Wiem ojcze i matko, że nie byłem wobec was posłuszny, ale wiedziałem, że z jaja wykluje się dziecko Luny i trzeba się nim zaopiekować. Jesteśmy to wini wszyscy jego matce, która przez tyle lat chroniła okolicę od złego.
Matka Karola zemdlała a ojciec zanim zaczął ją cucić podbiegł do syna by zajrzeć w oczy małej szkaradzie.
- Uff, zielone- powiedział z ulgą i wrócił do żony by ją oblać wodą. Następnego dnia Karol pokazał mieszkańcom grodu małego smoka i opowiedział swoją historię. Entuzjazm ludzi mieszał się z obawami, czy pobyt potomka Luny nie zaburzy spokojnego rytmu życia w Winnym Grodzie. Ale Obawy szybko ustąpiły i nowy mieszkaniec stał się miejską maskotką. Jak się okazało, była to również smoczyca a Karol wołał na nią Flamma co po łacinie znaczyło tyle co płomień. W blasku świecy ją zobaczył i uznał że to imię będzie najlepsze. Karola traktowała jak swojego pana i nie opuszczała go na krok. Mieszkańcy znosili jej pożywienie, a to świeżą trawę z pobliskich łąk, a to warzywa i owoce. Największym przysmakiem jednak, który smok uwielbiał tak bardzo, że tupał na jego widok z radości był czosnek niedźwiedzi, który rósł w podmokłych lasach za miastem. Pocieszna smoczyca szybko rosła i z czasem zaczęła przysparzać kłopotów. Wrześniową porą tuż przed zbiorem winogron, urządziła sobie nocną ucztę na winnym wzgórzu. Rano po winogronach zostały tylko pojedyncze kiście a wiele krzewów leżało zdeptanych. Ojciec Karola załamał się bo praca całego roku poszła na marne. Obecność smoczycy stawała się dla mieszczan coraz bardziej uciążliwa. Pewnego dnia Flamma rozprostowała skrzydła podczas jarmarku i przewróciła kramy z garnkami. Innym razem przysiadła na dachu domu i zaraz posypały się z niego gonty, robiąc wielką dziurę. Zamiatała długim ogonem po wąskich uliczkach siejąc postrach wśród kur, które mieszkańcy trzymali przy domach. Ludzie coraz częściej przychodzili do Karola i jego rodziców ze skargami, biadoląc że znowu mają jakieś straty. Wtedy zapadła decyzja że Flamma musi opuścić miasto. Nie pomogły błagania Karola, że smoczyca jest jeszcze młoda i nie wszystko rozumie, że wkrótce będzie prawdziwą obrończynią grodu i ze już z pobliskich lasów wyprowadziły się wilki, które poczuły smocze piżmo. Wszystko to nie pomogło wobec złości mieszkańców. Flamma nie wiedziała dlaczego ludzie gromadzą się pod domem Karola. Kręciła przyjaźnie smoczym pyskiem i popiskiwała do nich, nie zdając sobie sprawy, że tłum chce się jej pozbyć.
- Karolu, smok musi opuścić natychmiast nasz gród! To ie jest zwykłe zwierządko, które można trzymać na podwórzu – Mówił sąsiad.
-Przecież wyście sami ją oswajali. Dawaliście jej jeść z każdego okna, bawiła się z waszymi dziećmi, a teraz się dziwicie, że traktuje was wszystkich jak swoje stado – Rozżalonym głosem odpowiadał Karol.
Tłum był nie przejednany. Słychać było głośnie skandowanie: Precz ze smokiem! Dosyć panoszenia się poczwary!
- Uspokójcie się! Jutro rano już nas nie będzie! - Uciszył ich podniesionym głosem Karol.

Rano o świcie wyruszył ze smokiem gościńcem na południe, szukając miejsca na osiedlenie. Po dwóch godzinach marszu znalazł wielkie łąki i podmokłe dąbrowy podobne do tych, w których zalazł 3 lata wcześniej smocze jajo. Flamma wydała okrzyk zachwytu, widząc na skraju lasu zielone połacie niedźwiedziego czosnku. Osada była to niewielka, raptem tuzin drewnianych chat, ale za to wokół rozciągały się soczyste, zielone łąki. Karol stanął a skraju wsi, zwanej Zatoniem i dał znak, żeby smoczyca zaczekała. Sam poszedł do ludzi. Spotkał się ze starszyzną i opowiedział im swoją historię. Większość z nich ją znała, bo wieść o oswojonym smoku dawno już obiegły okolicę. Ludzie po dłuższej rozmowie wyrazili zgodę na ich pobyt. Karol najął się do pracy u najbogatszego gospodarza i obiecał mieszkańcom, że smok otoczy opieką ich wioskę. Wszystko więc dobrze się skończyło. Smok oblatywał okoliczne pola i lasy, szkody rolnikom nie czyniąc. Wilków i niedźwiedzi nikt od tej pory nie widywał w okolicy. Lasy były tak bezpieczne, że nawet małe dzieci na jagody same chodziły. Ale smoczyca tęskniła za Grodem, gdzie się wychowała. Nocą widywano ją, jak lata nad domami Zielonej Góry. Mieszkańcy, którym złość z czasem przeszła, rozrzewnieniem, patrzyli na latające wielkie smoczysko i przypominali sobie, jak niedawno mały, zielony stwór bawił się z ich dziećmi. Flamma czasami cicho podchodziła pod wały grodu i wyciągała szyję by obserwować krzątających się wieczorem ludzi, a przed świtem odlatywała na Zatońskie łąki. Kiedy upłynęły kolejne lata, Karol założył rodzinę i na skraju wsi. Nad rzeczką wybudował drewniany dom, tak by obecność Flammy nie przeszkadzała innym mieszkańcom. Z okolicznych Grodów i osad przyjeżdżali często ludzie, by zobaczyć pasącego się na Zatońskich łąkach smoka. Wędrowni trubadurzy układali pieśń, kuglarze na targowiskach przedstawiali zabawne scenki o smoczych przygodach. Marta, żona Karola, zaprzyjaźniła się z Flammą i podobnie jak Karol wchodziła w gęstwiny dąbrowy by przynosić jej smakołyki – liście niedźwiedziego czosnku, nauczyli ją zę na pola uprawne i do lasu nie może sama wchodzić żeby nie czynić zniszczeń. Kiedy doskwierało ludziom zbyt suche lato, smoczyca naganiała chmury, by choć trochę deszczu uroiły na umęczoną ziemie, a kiedy było go zbyt wiele, rozganiała je, dopuszczając promienie słońca. Jednym dmuchnięciem potrafiła przegonić z pól plagę szarańczy, a płomieniem ziejącym paszczy odstraszyć zbójców, którzy ciemną nocą przychodzili by kraść pasące się konie. I Tak mijały kolejne zimy i lata. Mieszkańcy byli dumni ze swej opiekunki, a Flamma wiodła spokojny smoczy żywot. Wszystko jednak zmieniło się jednej nocy. Kiedy wiedziona wspomnieniami, i tęsknotą smoczyca wieczorną porą podglądała szykujących się do snu mieszkańców Zielonej Góry, na wieś napadli zbóje. Były to niedobitki wojsk, które wracając z nieudanej wyprawy, łupiły napotkane osady. Zaskoczeni mieszkańcy Zatonia wzywali na pomoc Flamme, ale smoczycy nie było. W nierównej walce spora część wieśniaków zginęła. Młodych chłopców zbóje porwali do nie woli, a drewniane chaty podpalili. Łuna płonącej w oddali osady obudziła smoczyce. Zerwała się i poleciała co sił w skrzydłach do swej wsi. Z góry zobaczyła zgliszcza dogasających chat. Wioska przestałą istnieć. Smoczyca nie odnalazła ciał ani Karola, ani Marty i wpadła w rozpacz. Wzbijała się wysoko i zionęła ze złości wielkim płomieniem, jak by chciała rozświetlić mrok nocy i wypatrzeć, gdzie jest Karol z żoną. Ale śladu po nich nie było widać. Zaczęła płakać i z pięknych, zielonych oczu lały się wielkie, smocze, żelazne łzy. Płakała tak rzęsiście, że okoliczne pola całe się nimi pokryły. Nie mogła sobie darować, że w chwili próby nie było jej z przyjaciółmi i nie potrafiła zaradzić nieszczęściu. Ruszyła w świat, zataczając coraz większe kręgi od Zatonia, w poszukiwaniu Karola i jego żony, a wszędzie roniła swoje żelazne łzy. Podobno gdzieś ich odnalazła, daleko a północy, i wyrwała z niewoli. Tak przynajmniej w pieśniach opowiadali trubadurzy. Zatonie wkrótce zasiedlił się nowymi osadnikami, bo przecież wszyscy wiedzieli, że :”Gdy ziemie masz człeku po smoku, głodu nie zaznasz w całym roku”. Ale zanim zaczęli ją uprawiać, musieli wyzbierać z pul porozrzucane smocze łzy. Zamiast jednak wycinać las i stawiać domostwa z drewnianych bali, postanowili budować swoje chaty, obory i stajnie z tych zalegających na polach łez. Z czasem zapomnieli, skąd się wzięły i zaczęli na nie mówić „rudy”, bo właśnie miały taki brunatno rudy kolor. I choć nikt już dzisiaj w smoki nie wierzy, to przecież smoczych łez w okolicznych wsiach jest wiele. W Zatoniu, Barcikowicach, Jargoniewicach nadal stoją budynki z brunatnych kamieni. A wiosną ludzie z Zielonej Góry i okolic zjeżdżają do Zatonia, by zbierać w parku smoczy przysmak zwany niedźwiedzim czosnkiem, którego kolor i kształt liści do z łudzenia przypomina piękne oczy Flammy.

Bardzo wzruszyła mnie ta legenda, tym bardziej, że kiedyś odwiedzając ruiny kościółka w Zatoniu wzięłam na pamiątkę kawałek materiału, z którego został zbudowany i mogę chwycić go w rękę oddając się kontemplacji nad smoczym losem.

Avatar
Apsara


Myśliciel
233 Posts
(Offline)
5
4 sierpnia 2019 - 22:26
0

Dużo jest informacji o okresie wojennym, ale nie doszukałam się nic o czasach wcześniejszych, stąd skupię się na wierzenia związanych z duchami na całej Lubelszczyźnie.

W okolicach Bełżyc w 1824 r. trąba powietrzna wyłamała znaczną część lasu, wierzono że rozgościł się tam diabeł (musiał to jakich klecha chyba spisywać). Pewna znacznej wielkości grusza została wyrwana z korzeniami i przeniesiona przez trąbę kilkaset metrów dalej na pole. Nikt nie odważył się jej porąbać, a rolnik uprawiając pole omijał ją z daleka.
Ciekawy jest opis dycha wiru, który przybierał postać czarnego mężczyzny w eleganckim upraniu z kapeluszem, ubranego na czarno lub biało.
W okolicach Bychawy zaś rolnik, który kosił pole o zakazanej porze, widział jak pojawił się wiatr i rozrzucał mu snopki. Polecano w takim wypadku rzucić w niego nożem, można wtedy było znaleźć ślady krwi.
Niedaleko Chełma wierzono w istnienie 4 istot, które "pod zwierzchnictwem Wiatroduja i sowim dmuchaniem wysyłają wiatry na cztery strony świata".
Jeśli chodzi o burze, to na Lubelszczyźnie kiedy się zbliżała, aby ją rozproszyć biegano po podwórzu i dzwoniono dzwoneczkiem.
W rzece Bug zaś mieszka demon, w postaci małego, kusego z rybim ogonem. Kiedy przychodzi wiosna i puszcza lud, nie wolno krzyczeć i przeklinać nad wodą, bo demon zacznie się śmiać i kra będzie też pękać głośno.

Avatar
Hexer


Badacz
90 Posts
(Offline)
6
4 sierpnia 2019 - 23:18
0

W mojej okolicy ubogo w wierzenia ludowe, dużo za to tematów wojennych. Udało mi się znaleźć legendę o okolicznym miasteczku

TRZCIANKA

Miasto powiatowe w północnej Wielkopolsce, położone ok. 90 km na północny zachód od Poznania.

W XIX w. w Trzciance żył pewien krawiec, mistrz w swoim fachu. Cieszył się szczęściem i poważaniem ludzi. Pewnego razu zachorowała jego żona, której nikt nie potrafił pomóc. Zrozpaczony krawiec patrzył bezradnie jak jego żona gaśnie
w oczach. Usłyszał wtedy o pustelniku, który mieszkał głęboko w lesie, niedaleko Niekurska. Udał się do niego po poradę, a wracając do domu znalazł poranioną, ledwie żywą sarenkę. Żal mu się zrobiło zwierzątka, zabrał je więc do domu i zaczął pielęgnować. Maści i lekarstwa przynosiły skutek, a do opieki nad sarenką włączyła się również chora żona krawca. W przedziwny sposób obie zaczęły wracać do zdrowia. Kiedy sarenka na dobre wyzdrowiała nie chciała opuszczać swojego wybawiciela, pomimo że ten zaprowadził ją do lasu. Dreptała za nim krok w krok, bez względu na to, gdzie się udał. Kiedy nadszedł kres życia sarenki, krawiec chcąc uczcić swojego wiernego przyjaciela postawił na jej grobie pomnik. Sarenka wyglądała na nim jak żywa!
Po śmierci krawca, pomnik sarenki postawiono na miejskiej fontannie.
Z czasem zaczęto wierzyć, że każdy kto dotknie trzcianeckiej sarenki, tego spotka wyjątkowe szczęście.

https://regionwielkopolska.pl/kultura-ludowa/legendy/trzcianka-legenda-o-trzcianeckiej-sarence.html

Avatar
Corvus


Myśliciel
97 Posts
(Offline)
7
5 sierpnia 2019 - 00:09
0

Może nie stricte moje miasto, ale znalazłem troszkę informacji z ziemi kołbielskiej, dość blisko zresztą. Na początek obrzędowości rodzinne:

Obrzędowość rodzinna
Obrzędy i tradycje rodzinne można wyodrębnić na podstawie poszczególnych etapów życia ludzkiego:
- ciąża
- narodziny
- chrzest
- dorastanie
- zaloty
- swaty
- zrękowiny
- wesele
- życie dojrzałe
- starość
- śmierć

Rodzinę stanowią najbliżsi sobie ludzie, którzy darzą się miłością, dzieląc ze sobą chwile smutku i radości, a także wzajemnie się wspierając. Któż w takim razie należał dawniej do rodziny?
Najważniejsi byli ojce, czyli rodzice – ojciec i matka. Bardzo często w jednym domu mieszkały rodziny wielopokoleniowe, a więc także dziadkowie i dzieci. Dalszych krewnych nazywano jednak inaczej niż obecnie. W dzisiejszych czasach, ciocią i wujkiem dzieci określają wszystkie spokrewnione osoby dorosłe. Niegdyś, brata ojca nazywano stryjem, zaś jego żonę – stryjenką (w gwarze kołbielskiej: stryjno). Do brata matki zwracano się: wuju, ado jegożony: wujenko (w gwarze kołbielskiej: wujno). Świakier i świakra to dawne określenia rodziców męża, natomiast teść i teściowa to rodzice żony. Bratową nazywano jątrewką, zaś dzieci brata lub siostry: synowcami, synowicami, bratankami i bratanicami. Niespotykaną już dzisiaj nazwą był pociot, stanowiący określenie męża ciotki.

Ciąża i narodziny
Przyjście na świat potomstwa zawsze stanowiło doniosłe wydarzenie w życiu każdej rodziny. Kobietę ciężarną traktowano więc w sposób szczególny i uprzywilejowany, wyręczając ją w ciężkich pracach fizycznych. Dzieci rodziły się zazwyczaj w izbie, choć nierzadko rozwiązanie zaskakiwało przyszłą mamę…na polu. Poród przyjmowały najczęściej akuszerki, które dbały o dopełnienie rytuałów związanych z narodzinami. W związku z tym, wkładały one święcone zioła pod poduszkę rodzącej w celu odpędzenia od niej złych duchów. Nierzadko, obok ziół umieszczano też siekierę lub hubę, które miały równie skutecznie uchronić matkę i dziecko przed nieczystymi mocami.

Chrzest
Chrzest i chrzciny także stanowiły ważne wydarzenie rodzinne. Jeśli chodzi o wiek to potomstwo zanoszono do kościoła jak najwcześniej – zazwyczaj w okresie niemowlęctwa, gdyż źle postrzegane było zwlekanie rodziców w tej kwestii. Kiedy dziecko było bardzo płaczliwe, wierzono, że po przyjęciu sakramentu znacznie się uspokoi. Najpierw udawano się w tym celu do kościoła, a następnie, wraz z zaproszonymi gośćmi najbliżsi oseska zbierali się na przyjęciu chrzcinowym, wyprawianym w jego domu rodzinnym. Kumą, czyli matką chrzestna nie mogła zostać ciężarna. Najczęściej chrzestnych wybierano spośród krewnych rodziców dziecka. Zwyczajem, który zachował się do dzisiaj na terenie regionu kołbielskiego (choć w postaci szczątkowej) jest brudzenie niemowlęcia sadzą. Chrzestni mają wówczas obowiązek umyć maleństwo, zaś tych, którzy je ubrudzili – poczęstować wódką.

Dzieciństwo
Dzieci wiejskie już od wczesnego dzieciństwa musiały przyzwyczajać się do ciężkiej pracy, więc rzadko starczało im czasu na zabawę. Dawniej, wiele uciechy dawało dzieciom bieganie z pogrzebaczem za fajerką, a i inne zabawki przeważnie wykonywały one własnoręcznie. Jedną z nich była fryga, zrobiona ze sznurka i guzika. Rodzice, zajęci pracami w gospodarstwie nie mieli bowiem czasu na opiekę nad dziećmi. Niemowlęta matki zabierały ze sobą na pole, zaś starsze dzieci, by ustrzec je przed niebezpieczeństwami i wymóc na nich posłuszeństwo, dorośli straszyli dziadami, mamunami lub subielami. Aby łobuziaki unikały wody i zaglądania do studni, wmawiano im, że na dnie siedzi wodnik, który może je tam wciągnąć.

Zaloty
Tradycyjnymi żartami młodzieży było wynoszenie różnych gospodarskich sprzętów i furtek w noc Trzech Króli oraz w ostatki.
Kiedy na wsi zaczęły krążyć plotki, że jakaś para ma się ku sobie, młodzież w ostatki usypywała ścieżkę z sieczki od chałupy danego kawalera do chałupy panny, o względy której ów się starał. Okazji do spotkań młodych było wiele, ale nie w okresie prac polowych. Spotykano się najczęściej podczas świąt, jarmarków, kiszenia kapusty, darcia pierza lub oprzędów. U matki, która miała pannę na wydaniu często w przydomowym ogródku można było zobaczyć piękne malwy. Same dziewczęta, chcąc dać do zrozumienia, że są gotowe wyjść za mąż, także siały różnego rodzaju „panieńskie zioła”, np. rutkę, lawendę czy rozmaryn. Panna, która została oblana wodą w lany poniedziałek lub szczodrze obsypana owsem w dzień św. Szczepana była wówczas uznawana za tę, która ma powodzenie u chłopców.

Swaty
Decydujące zdanie w wyborze przyszłego męża najczęściej mieli rodzice młodych. To oni decydowali, do kogo posłać swaty – osoby reprezentujące „interesy” danej rodziny, odpowiedzialne za skojarzenie par. Głównym motywem kojarzenia małżonków była możliwość powiększenia majątku. Jeśli więc pole panny pasowało do pola kawalera, stanowiło to najsilniejszy argument za tym, że młodzi powinni się pobrać.

Zrękowiny
Gdy o planach małżeńskich wiedziano już na wsi, przychodził czas na zrękowiny. Było to spotkanie rodziców młodej pary i narzeczonych. Miało ono na celu ustalenie szczegółów, dotyczących wesela oraz spraw majątkowych przyszłych małżonków.

Wesele
Gdy już wszystkie szczegóły zostały ustalone, wyznaczano termin wesela. Wesele kołbielskie stanowiło niegdyś wyjątkowo barwny i ciekawy obrzęd, a zachowanie zwyczajów związanych z jego przebiegiem stanowiło troskę wszystkich jego uczestników. Wydarzenie to wiązało się z zaakceptowaniem przez lokalną społeczność młodej pary i uznaniem jej za pełnoprawnych małżonków – kobietę za gospodynię, zaś mężczyznę – za gospodarza. Ta społeczna akceptacja była tak samo istotna w świadomości ludzi, jak sakrament przyjęty w kościele.

Pokładziny
Zwyczaj bardzo stary, powszechnie zapomniany i zaniechany. Pokładziny następowały po pierwszej części wesela, kiedy to młoda para zostawiała weselnych gości i udawała się do komory lub spichlerza, gdzie miało nastąpić oficjalne "skonsumowanie" małżeństwa. Młodzi siadali naprzeciw siebie i milczeli. Następnie starosta weselny prosił pannę młodą do tańca, a po nim kolejno drużbowie. Na końcu przekazywano ją panu młodemu. Wówczas muzyka cichła, a młodzi znikali, by odbyć pokładziny.

Psiu Baba
Tydzień po weselu odbywała się tzw. Psiu Baba lub inaczej Przebabiny – spotkanie w domu nowej gospodyni. Był to ważny moment przejścia kobiety ze stanu panieńskiego do stanu małżeńskiego. W spotkaniu tym nie mogli uczestniczyć kawalerowie i panny, a tylko zamężne gospodynie.

Czwartkowe „jarmaki”
Cotygodniowym wydarzeniem dla mieszkańców regionu kołbielskiego, oprócz niedzielnych mszy świętych, były (i są nadal) czwartkowe „jarmaki”. Inna obiegowa nazwa to: "święto dyszla". Dawniej odbywały się one na kołbielskim rynku, przed kościołem. Obecnie zaś jest do tego specjalnie wyznaczone miejsce, tzw. targowica. Jeszcze w latach osiemdziesiątych można było spotkać kobiety idące na targ, ubrane w tradycyjne sorce. A na bazarku można było kupić „mydło i powidło”, czyli zarówno tekstylia, produkty spożywcze, jak i zwierzęta gospodarskie. Ludzie z okolicznych wsi w każdy czwartkowy ranek, bez względu na porę roku czy pogodę wsiadali na swe wozy i udawali się na „jarmak”, który stanowił najlepszą okazję do spotkań towarzyskich.

Zabawy
Na wsi ludzie mieli mało czasu na zabawę, gdyż większość dni wypełniała im ciężka praca fizyczna. Jednak w niedziele i w okresie zimowym można było sobie pozwolić na jakieś tańczone wieczory. Większość zabaw związana była z weselami, ale zdarzało się również, że w większej wsi kawalerowie składali się na muzykanta. Wówczas po wsi rozchodziła się wiadomość, że „szykuje się” zabawa.
Dziewczęta nie chodziły same na takie zabawy. Po pannę przychodził do domu kawaler i grzecznie pytał rodziców, czy pozwalają pójść córce z nim na tańce. Nie zaproszona przez nikogo panna nie mogła iść sama na zabawę. Z kolei zaproszona panna nie musiała tańczyć wyłącznie z tym kawalerem, który ją zaprosił. W tańcach uczestniczyła młodzież i młode małżeństwa, ale także starsi często przychodzili popatrzeć. Siadali najczęściej pod ścianą, a gdy nie było miejsca w sali - spoglądali przez okna. Tańce trwały do północy, po czym rodzice zabierali panny do domu. Czasami wynajęta na zabawę izba nie miała podłogi tylko klepisko gliniane. Pomimo twardego podłoża dziewczęta najczęściej tańczyły boso. Kawalerowie mieli obuwie.
W tańcach panował niezwykły porządek. Zazwyczaj tańczono koliście (dookoła izby i po ścianie), zostawiając pusty środek. Tylko wówczas, gdy par było dużo, niektóre z nich tańczyły w środku koła. Tańce trwały około 20 - 30 minut. Potem następowała przerwa i muzykant rozpoczynał kolejny taniec. Muzykant był jeden, grał na skrzypkach. Z czasem pojawiły się także inne instrumenty: bębenek, instrument zwany basetnią lub maryną o niskim, zbliżonym do wiolonczeli tonie. Najchętniej tańczono mazura – „najbardziej mazowieckiego” i najstarszego ze wszystkich tańców. Później pojawił się także oberek i charakterystyczny taniec kołbielski – drabant. Dużą popularnością cieszyły się również polka gładka i trzęsiona, krakowiak oraz trojak.

Pogrzeb
Dawnym zwyczajem (obecnie już niepraktykowanym) było odprowadzanie zwłok mieszkańca danej wsi do przydrożnego krzyża, znajdującego się na skraju miejscowości. Ci, którzy nie mogli uczestniczyć w pogrzebie, czuli się w obowiązku iść za trumną – chociaż do krzyża. Gdy kondukt pogrzebowy tam dochodził, następowało oficjalne pożegnanie mieszkańca wsi. Pożegnaniu towarzyszyła specjalna przemowa, z pokolenia na pokolenie przekazywana w formie ustnej. Ceremonii przewodniczyli wioskowi śpiewacy, którzy prowadzili śpiewy – zarówno w drodze do kościoła, jak i w domu zmarłego, podczas czuwania przy jego zwłokach. Czuwanie trwało zazwyczaj kilka dni, a stypa odbywała się jeszcze w "obecności" zmarłego.

Zachowała się również garść zabobonów kołbielskich, takich jak:

- Nie przyszywaj guzika, do koszuli, którą masz na sobie, bo rozum zaszyjesz!
- Nie wyrzucaj obciętych włosów, tylko je spal, bo rozum wyrzucisz!
- Niemowlę i małe dziecko musi nosić coś czerwonego przy sobie, żeby go nikt nie urzekł.
- Śpiesz się po rezurekcji do domu, bo kto pierwszy dojedzie do domostwa, temu lepiej obrodzi owies!
- Po przyniesieniu święconki do domu musisz przed progiem powiedzieć: Święcone do domu,
robactwo z domu!
- Przyniesionej święconki nie wolno poruszać aż do Niedzieli Wielkanocnej, bo inaczej w domu będą
mrówki.
- Do dziś zachowało się przekonanie, że nie należy odmawiać kobiecie ciężarnej, bo odmowa
„sprowadzi” myszy do domu.
- Ciężarna nie powinna wpatrywać się w ogień, wdawać w kłótnie ani siadać na progu.
- Niegdyś poród przyjmowały akuszerki, które troskliwie dbały o dopełnienie rytuałów, do których
należało m.in. włożenie święconych ziół pod poduszkę rodzącej, by odpędzić złe duchy.
- Pod poduszkę rodzącej kobiety należało włożyć także hubę lub siekierę w celu uniemożliwienia
działania złym duchom.
- Jeśli kobieta będzie karmiła najpierw prawą piersią to dziecko nie będzie leworęczne.
- Do niemowlęcia nie można stawać tyłem, bo zachoruje na żółtaczkę.
- Gdy gospodarz wyprowadzał zwierzę na jarmark, by je sprzedać, należało przywiązać mu do ogona
święcone zioła (poświęcone w dzień Matki Boskiej Zielnej), aby szczęście nie opuściło domu wraz z
inwentarzem.
- Wyjący pies wróżył czyjąś śmierć, zaś sroka na płocie – gości.

Avatar
Liquid Fire


Myśliciel
98 Posts
(Offline)
8
5 sierpnia 2019 - 00:26
0

Skoro wszyscy coś dodają o swoich okolicach, to ja nie będę gorszy! Udało mi się odnaleźć krótki fragment dotyczący wierzeń i tradycji ludowych w Urzeczu (to nadwiślańskie tereny, które rozciągają się od ujścia Pilicy i Wilgi, aż do granic Warszawy) oraz historia powstania otwockiej-karczewskiej Czerwonej Drogi.

http://gospodyni.com.pl/dzialy.....-na-wodzie

(...)
Nie tylko na Urzeczu

W dzisiejszych czasach, choć nieco skromniej, wciąż poza Urzeczem kultywuje się tradycje towarzyszące dniu Zesłania Ducha Świętego. Również wśród górali, którzy całymi rodzinami spotykają się przy ognisku. Wspólnie smażą zielonoświątkową jajecznicę, zwaną wajeśnicą. Bo Zielone Świątki to jedno z najważniejszych świąt w Kościele katolickim. Upamiętnia zesłanie Ducha Świętego na apostołów zebranych w wieczerniku, równo pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa. Z obchodami Zielonych Świątek wiążą się liczne obyczaje, charakterystyczne dla poszczególnych regionów Polski. Część z nich ma swoje korzenie w pogańskich, magicznych obrzędach, inne zaś odnoszą się do tradycji biblijnej.

Jednym z kultywowanych do dziś zwyczajów jest palenie ognisk, które według podań miały moc oczyszczania i chronienia zasiewów oraz zwierząt. Co ciekawe, zwyczaj nawiązuje również do religijnego motywu ognistych języków, w postaci których Duch Święty zstąpił na apostołów.

Dawniej wierzono, że przyozdabianie domostw tatarakiem, zielonymi gałązkami i kwiatami będzie chroniło przed urokami i nieurodzajem. Majono (przystrajano) zatem okna, drzwi i bramy oraz płoty i furtki prowadzące do zagród. Ścinano młode brzózki, okrążano z nimi ziemie uprawne, a na końcu – ustawiano je w obejściu.

Zielone Świątki, nazywane także Pięćdziesiątnicą, swoimi korzeniami sięgają czasów przedchrześcijańskich. Pierwotnie były pogańskim świętem słowiańskim związanym z obchodami powitania wiosny, a więc czczenia życiodajnej ziemi oraz wszelkiej płodności. Ludowe obrzędy bardzo silnie wpisywały się w rytm przyrody – magiczne praktyki miały za zadanie oczyścić domostwa ze złych mocy oraz demonów wodnych odpowiedzialnych za proces wegetacji. Bydło okadzano dymem ze spalonych ziół oraz przystrajano wieńcami z kwiatów i gałązek. Po bokach i grzbietach zwierząt toczono jaja.

W okresie późnochrześcijańskim Zielone Świątki zaczęto łączyć z katolickim świętem zesłania Ducha Świętego. Dziś jest jednym z najstarszych liturgicznych świąt katolickich, głęboko zakorzenionym w polskiej tradycji ludowej. Obchodzone jest bowiem już od 306 roku. Początkowo uroczystości trwały kilka dni, w obecnych czasach skrócono je do dwóch dni, które przypadają pięćdziesiąt dni po Niedzieli Wielkanocnej. W tym roku było to 15 i 16 maja."

oraz

https://gorzowwielkopolski.naszemiasto.pl/jest-taka-droga-w-podwarszawskim-lesie-czerwona-droga/ar/c1-2658258

Pociąg wolno opuszcza Warszawę. Zostawiam to miasto, którego miało nie być. Wzniesione na ruinach. Teraz żywe, tętniące, oszpecone złą i przypadkową architekturą. Ale jest piękne, trochę moje...
Jadę na wschód. Jeszcze Wisła - niesforna leniwa i wielka. Potem kolejne stare stacje kolejowe. I sosny ogromne, brzozy wiekowe. Wypatruję, gdzie ocalałe nieliczne już drewniane domy. Wszystkie są w niepowtarzalnym, bo pomieszanym stylu - nazwanym przez Gałczyńskiego świdermajer. To Andriolli takie zaplanował, biorąc najciekawsze wg niego elementy architektury szwajcarskiej, schronisk alpejskich i podmoskiewskich dacz.
Za Otwockiem Śródborów. Tutaj wysiadam. Idę w głąb Mazowieckiego Parku Narodowego. Jestem sama z moimi myślami. Wiem, że niedługo pokaże się niezwykła Czerwona Droga. Już jest. Bardziej czerwona niż na zdjęciach. Siadam na brzegu tej drogi. Wyjmuję przewodnik i czytam:

Droga prowadzi do części tzw. Przedmościa Warszawskiego (Bruckenkopf Warschau). Można obejrzeć pozostałości fortyfikacji. Ich historia sięga wczesnych lat wieku XIX. Myśl utworzenia linii obronnej Warszawy powstała w głowach Rosjan. Oni też zaczęli i prowadzili tę budowę w latach 1832- 1915. Początkowo w widłach Wisły i Narwi powstawał Warszawski Obszar Warowny w oparciu o twierdzę Modlin, Warszawę i Zegrze. A około 1890 roku, postanowiono utworzyć linię fortów oraz umocnień polowych na wschód od Warszawy.

W sierpniu 1915 roku Niemcy zajęli ten rejon i do 1918 roku nadal go fortyfikowali, przygotowując się do obrony Warszawy ze wschodu. Niemieckie dowództwo wróciło do rosyjskiej koncepcji ufortyfikowania wschodniego przedpola stolicy w oparciu o naturalne przeszkody terenowe, wzniesienia i dolinki zabagnionych rzek. Zamiast ciężkich fortów zaplanowano dużą liczbę niewielkich schronów oraz silnie rozbudowane pozycje polowe. Wybudowaną nowoczesną linię obronną nazwano Bruckenkopf Warschau (Przedmoście Warszawskie).

W 1919 polskie dowództwo zezwoliło na rozbiórkę umocnień niemieckich. Jednak w 1920 roku wobec zbliżającej się armii bolszewickiej przystąpiono do prowizorycznej odbudowy. W dniach 13-17. VIII 1920 roku ufortyfikowanego odcinka „Wiązowna" bronili przed bolszewikami żołnierze 15 DP gen. Władysława Junga. A gen Franiszek Latinik 5. 08.1920 roku wyznaczył drugą linię obrony Warszawy, która pokrywała się z linią dawnych umocnień niemieckich. Odegrały one znaczną rolę w czasie Bitwy Warszawskiej. Umocnienia te powstrzymały napór Armii Czerwonej, chociaż w rejonie Radzymina zostały przełamane. Obroniony został fort w Beniaminowie, a z linii schronów pod Wiązowną atakowała w kierunku wschodnim polska 15 DP.W 1921 roku w Rydze podpisano traktat pokojowy z Rosją i przystąpiono do kolejnej rozbiórki umocnień.

W latach 1940-41 niemieckie wojska ponownie przystąpiły do odbudowy Przedmościa Warszawskiego na gruzach umocnień z I wojny światowej. Jesienią 1940 roku przygotowywano drogi dojazdowe, budowano rowy strzeleckie, zapory przeciwczołgowe i p/piechocie oraz wzmacniano schrony żelbetowe. Do pracy zmuszano okoliczną ludność, a szczególnie Żydów.W maju 1941 roku wstrzymano budowę, koncentrując się na przygotowaniu ataku na ZSRR. Dopiero w VI i VII 1944 roku saperzy, jednostki wartownicze i spędzeni cywile pospiesznie przygotowywali Przedmoście do obrony. Szczególnie uwzględniano obronę linii kolejowej Warszawa-Lublin, po której jako ruchoma bateria kursował pociąg pancerny.

Cegłą z gruzów Warszawy utwardzano stare trakty Gliniane-Karczew, Okoły-Otwock Wielki. Do dziś pozostałości tych dróg w Lasach Otwockich nazywane są „ceglankami" lub Czerwonymi Drogami.
Do czasu nadejścia Rosjan Niemcy nie zdążyli przygotować całej linii do obrony. W końcu lipca 1944 roku tutaj linię frontu przełamały wojska wchodzące w skład 1 Frontu Białoruskiego.
Podczas walk o część Przedmościa Warszawskiego dostał się do niewoli gen Frank. Załamało się prawe skrzydło 9 Armii Niemieckiej. Stracili pociąg pancerny...

Obecnie pozostały najlepiej zachowane fragmenty umocnień w rejonie Dąbrowickiej Góry, na szczycie której znajduje się ciężki schron obserwacyjny typu 120a (Regelbau 120 a). Ma wymiary 14x11,5m. Jest jednym z najcięższych obiektów wybudowanych przez Niemców na Przedmościu Warszawskim. Grubość jego ścian stropów wzmocnionych belkami stalowymi wynosi 2 m...

Zamykam książkę. Widzę ludzi w mundurach, słowa rosyjskie, niemieckie i polskie. Mnożą się obrazy, daty, historia przepływa obok. A przede mną Czerwona Droga tylko. W wilgotnej dusznej mgle furmanki. Całe rzeki wolno płynących furmanek. Czarne poskręcane włosy, ostre długie nosy i oczy furmanów z zapamiętanym obrazem płonącej Warszawy. I ludzi podobnych z łopatami na wozach też widzę. Jadą wolno. Na wozach mają swoje serca złamane klęską, poniżeniem i cegły czerwone. Cegły starej nieistniejącej Warszawy i ludzkie wśród nich szczątki. Ich świat się kończy. Czuję, że myślą o końcu swojego świata...[Nie wstawiam jako cytat, ponieważ gdzieniegdzie poprawiłem interpunkcję, literówki]

Forum Timezone: Europe/Warsaw
All RSS Show Stats

Administrators:
Sigil of Scream

Moderators:
Zin-Carla
Apsara

Top Posters:

Azag: 235

Voodoochild: 138

Rivers of Hel: 135

Newest Members:

Mau

Jednoskrzydly

Plusz

Forum Stats:

Groups: 3

Forums: 73

Topics: 389

Posts: 2110

 

Member Stats:

Guest Posters: 0

Members: 19

Moderators: 2

Admins: 1

Most Users Ever Online: 89

Currently Online:
2 Guest(s)

Currently Browsing this Page:
1 Guest(s)

Members Birthdays
Today: None
Upcoming: None
    
2 odwiedzających teraz
1 gości, 1 bots, 0 członków
Cały czas: 98 o godz. 05-12-2019 05:32 pm
Najwięcej dzisiaj: 4 o godz. 03:36 am
Ten miesiąc: 7 o godz. 11-14-2019 06:30 pm
Ten rok: 98 o godz. 05-12-2019 05:32 pm